Newsy muzyczne

Relacja: Nick Cave & The Bad Seeds w Gdańsku

Grupa Nick Cave & The Bad Seeds zagrała 8 sierpnia w trójmiejskiej Ergo Arenie. Na miejscu był nasz wysłannik Jakub Oślak.

Nick Cave ma nieznośną tendencję do serwowania mi koncertów życia, gdy tylko widzę go na żywo. Pamiętam nasze dwa spotkania w Londynie: jedno w klubie Koko (patrz film „20 000 dni na Ziemi”); drugie w Royal Albert Hall, po których sądziłem, że nic lepszego mnie już w życiu nie spotka. A jednak stary dobry Torwar okazał się miejscem bardziej magicznym, niż królewskie salony w Anglii. Był to moment transformacji i oczyszczenia, którą wszyscy tam obecni poczuliśmy. Cave oczarował tłum swoją Obecnością – nie tylko grał i śpiewał dla ludzi, ale także wśród ludzi i wspólnie z ludźmi. To był niezapomniany wieczór i nic dziwnego, że na jego kolejną wizytę nie musieliśmy zbyt długo czekać. Po pandemicznych postojach nadeszło wreszcie podwójne zaproszenie: rewizyta nastąpi w Gliwicach i Trójmieście. Śląski koncert był rewelacyjny i na pewno będzie szeroko komentowany; ja skupię się na poprawinach, jakie The Bad Seeds urządzili nad morzem. A zatem, go son, go down to the water.

Czy Cave będzie schodzić do ludzi tak jak na Torwarze, w obliczu wciąż panoszących się wirusów? Czy ponowny cios i kolejna osobista tragedia nie odbierze mu sił i chęci do czarów, na które czekamy? Wątpliwości zostały rozwiane już na starcie, gdy nasz bohater od razu wskoczył na swoją półkę przymocowaną do frontowej barierki i spędził na niej właściwie większość spektaklu. Zamiast jakichkolwiek marszów pogrzebowych uderzyło w nas „Get Ready For Love”, a Nick od razu chwycił fanów za wyciągnięte dłonie. To właśnie tak działa – on tego chce, on tego potrzebuje, z pełną wzajemnością. To, że oglądamy go na scenie, w takiej formie wokalnej i dyspozycji fizycznej, zawdzięczamy muzyce i temu niezbadanemu pędowi do jej komponowania. Dla Cave’a nasze wyciągnięte ręce są dowodem, że jego życie wciąż ma sens; a dar tworzenia i oczarowywania nas wszystkich i każdego z osobna nie opuścił go, mimo potężnych uderzeń kolejnych osobistych lawin.

Siła Cave’a drzemie zarówno w dziedzictwie Elvisa, jak i Cohena. Z jednej strony, to wodzirej i supergwiazda, którego zadaniem jest zapewnienie rozrywki. Z drugiej, to doświadczony artysta, poeta, prozaik, filmowiec, aktor, mag, malarz, a ostatnio też rzeźbiarz - człowiek o głębokiej wrażliwości przykrytej dosyć posępnym, demonicznym obliczem. I gdy owo oblicze przecina rozbrajający, szczery, szeroki uśmiech – coś, co nigdy nie było typowym atrybutem Cave’a, podobnie jak dres do biegania czy czapka zimowa – oddane mu zgromadzenie wie, że także czyni coś dobrze. Cave jest narcyzem, nie ma wątpliwości; ale zasila go dawanie z siebie wszystkiego co ma, i jeszcze więcej. Jego koncert to już nie tylko muzyka; to obcowanie z artystą, który wciąga nas do gry, chwyta za ręce i pławi się w tłumie, wręcza nam w dłonie mikrofon, aby zachować równowagę. Przestał polegać na byciu królem mroku – teraz Cave jest człowiekiem, istotą równie słabą, co wielką.

Repertuar wieczoru zasadniczo różnił się od tego sprzed pięciu lat. Zamiast frapującej nastrojowości, dynamika. Cave odkurzył podwójną płytę Abattoir Blues / The Lyre of Orpheus, nie chcąc, aby poszła w zapomnienie – przywołane spod ziemi „O Children” wypadło szczególnie imponująco. Dalej rarytasy, dawno nie słyszane „City of Refuge”, albo nigdy nie słyszane „Vortex”. Poza tym nowości, a mamy ich do wyboru, do koloru – zarówno te oniryczne, duchowe z płyty Ghosteen, jak i bardziej krwiste i dobitne z Carnage. Wreszcie, klasyki – te starsze i młodsze. „The Mercy Seat”, coraz bardziej neo-folkowe, „Red Right Hand” i kibicowsko intonowana linia organów, dzikie i piorunujące „From Her To Eternity”, równie mroczne, co improwizowane „Tupelo”. Cave nie zapomina, jak zaklinać i angażować widownię w rytm swojego serca, krzyku i oddechu, niczym posępny kosiarz nad falującym łanem ludzkich rąk, arcymag, szaman, jasnowidz, alchemik, Morfeusz – władca snów.  

Do klasyków zaliczam już także „Jubilee Street” i „Higgs Boson Blues”. Oba numery miały kluczowy wpływ na dramaturgię koncertu, przy całej abstrakcyjności swoich słów i hipnotyzującej dynamice, podobnie jak gospelowe „White Elephant”, czy walcujące „The Ship Song”. Ale jednym z gwoździ programu było „Ghosteen Speaks” i intonowany ‘dialog’ widowni z całym zespołem, podobnie jak pięknie wyśpiewane razem z Cave’m „Into My Arms”. A gdy ukazali się publiczności po raz ostatni, padło pytanie: Co byście chcieli usłyszeć? Co w takich sytuacjach byście powiedzieli, artysta pyta… ale gdy widownia zaczęła dość jednomyślnie skandować „The Weeping Song” stało się jasne, że sprawa jest poważna. Wykonanie rozjechane, nieprzećwiczone, Cave zapomniał słów, Carly Paradis (nowa w The Bad Seeds) nie wiedziała co grać; ale, publiczność dośpiewała swoje, Warren Ellis dograł na skrzypcach i jakoś to poszło. Wyjątkowe i magiczne doświadczenie; ludzkie, odważne i przyjazne.

Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, powiedział stojący obok mnie towarzysz koncertowy. Łzy szczęścia, pot, emocje, wrzaski, radość, objęcia, fotki na tle sceny – te wszystkie obrazki widzimy za każdym razem, gdy koncert się udał. A Cave tylko takie potrafią zapewnić. Nie chodzi tu wyłącznie o muzykę; sam Nick ironizował, że publiczność woli numery depresyjne, niż radosne. Chodzi o umiejętność bawienia się nimi, spontaniczne czary i przekazywanie sobie nawzajem płynącej energii. W kierunku naszego bohatera i reszty jego drużyny leciały kwiaty, pluszowe stworzenia, rękodzielnictwo wszelakie, a nawet garderoba. To te widoczne tokeny miłości; tymi słyszalnymi były chóralne śpiewy, posłuszne piosenkom i duchowi koncertu; ale najważniejszymi są wspomnienia i sny, jakie po raz kolejny zafundował nam Morfeusz. Cave jest dyrygentem naszych dusz, pożeraczem serc i czarnoksiężnikiem wyobraźni. Dobrze wiedzieć, że wszystko u niego po staremu.

Autor: Jakub Oślak
Foto: Kamila Staniszewska

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania