Recenzje

2017-04-21
Body Count - "Bloodlust"
"Co o metalu może wiedzieć zespół założony w Kalifornii przez czarnoskórych hiphopowców? Okazuje się, że całkiem sporo. Nową płytę Body Count zaczynają dźwięki syren. To znak, że będzie się działo. I dzieje się" - tak zaczyna recenzję nowej płyty Body Count nasz recenzent Marcin Knapik.
Wykonawca: Body Count
Wytwórnia: Century Media Records
Rok wydania: 2017

Na następcę albumu „Manslaughter” fani musieli czekać trzy lata. Niezbyt długo, biorąc pod uwagę odstępy czasowe między poprzednimi płytami. Członkowie amerykańskiego zespołu nie chcą jednak biernie przyglądać się obecnej sytuacji społecznej. Ice-T powiedział w jednym z wywiadów: „Teraz znowu w oczy zagląda nam zagłada, rasizm sięga szczytu. To optymalna pora na płytę Body Count”.

Subtelność? W tekstach Ice’a-T tego nie znajdziemy. Chyba niewielu odważy się je cytować w eleganckim towarzystwie lub w obecności dzieci. Są bogate w mocne słowa i wulgaryzmy. Dosadnie komentują rzeczywistość. Znajdziemy w nich odbicie tego, co dzieje się w Ameryce w ostatnim czasie. Mówią o podziałach rasowych, działaniach policji, polityce. Słuchając utworów, aż słychać wściekłość bijącą z tekstów.

Przy „Bloodlust” można odnieść momentami wrażenie obcowania z audycją radiową. Sam początek „The Ski Mask Way”, wprowadzenia Ice’a-T przed coverem Slayera i „No Lives Matter”. Dziennikarzom co prawda zmniejszy się lista pytań do zadawania zespołowi (bo po co zadawać pytania, na które jest już odpowiedź), ale ten zabieg nie jest sztuką dla sztuki. To wyjaśnienie, dlaczego te utwory powstały. Zwłaszcza przy „No Lives Matter” jest ono bardzo dobitne. Skoro już o tym utworze, zastosowano tam jeszcze jeden zabieg wzmacniający przekaz. Wplątano tam fragmenty serwisów informacyjnych.

Nie ma mowy o spokoju, także jeśli chodzi o muzykę. Dostajemy dawkę ostrego, prostego, bezkompromisowego grania. Już otwierający płytę „Civil War” oferuje nam sporą ilość takich dźwięków. Kompozycję tę ubogaca przyśpieszająca jej tempo solówka gitarowa Dave’a Mustaine’a, który wciela się też w rolę spikera obwieszczającego wojnę domową w USA. Na „Bloodlust” znajdziemy też wspomniany już wcześniej bardzo udany cover Slayer’a – medley utworów „Raining in Blood” i „Postmortem”. Thrashowa jazda bez trzymanki. Przed nim Ice-T krótko opowiada o historii powstania Body Count i trzech zespołach, które są inspiracją dla nich: Black Sabbath, Suicidal Tendencies i właśnie o Slayerze. Kontynuacją slayerowskich klimatów jest „Walk with Me...”. Znów prędkość karabinu maszynowego. Poza tym otrzymujemy groźnie brzmiące „Here I Go Again” i „All Love Is Lost”, bardziej przejmujące „This Is Way We Ride”, mocne „Bloodlust” i „No Lives Matter” oraz kończący całą płytę „Black Hoodie” z dźwiękami strzału z pistoletu.

Dla pełnego obrazu trzeba jeszcze wspomnieć, że Dave Mustaine nie jest jedynym gościem na nowej płycie Body Count. Zaproszono też Maxa Cavalerę, którego głos, a w zasadzie krzyk możemy usłyszeć w „All Love Is Lost” i Randy’ego Blythe’a współwykonującego „Walk with Me...”.

„Bloodlust” przynosi więcej ostrego brzmienia niż płyty niektórych zespołów uważanych za grające taką muzykę. Nowe dzieło Body Count to pozycja warta polecenia dla fanów mocnego grania. Zwłaszcza dla tych, którzy wcześniej nie znali tego zespołu. Szczera i mocna płyta o dzisiejszych czasach.


Autor: Marcin Knapik