Recenzje

2017-08-19
Steven Wilson - "To The Bone"
Nowy album Stevena Wilsona to według naszego recenzenta Jakuba Oślaka kandydat do najlepszej płyty 2017 roku.
Wykonawca: Steven Wilson
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

There isn't just one singular truth, is there?

Wiele osób będzie mieć zgryz z tym albumem. Reakcja konserwatywnych fanów będzie jednoznacznie negatywna, podobnie jak tych, co lubią dokopać autorytetom muzyki rozrywkowej na łamach swoich wielce opiniotwórczych blogów. Steven Wilson z premedytacją wsadza płonący kij w mrowisko, podpala stos starych kompaktów Porcupine Tree, zrywa łańcuchy koncepcyjnego rocka i nieustannego poszukiwania innowacyjności. Chociaż, czy aby na pewno? Przecież nie pierwszy już raz były frontman Porcipine Tree, instytucja muzyki progresywnej, udowadnia jak szeroką posiada wyobraźnię muzyczną, oraz w ilu kierunkach jednocześnie podążają jego twórce ambicje. Najnowsza płyta Wilsona "To The Bone" zapowiadana była jasno - jest to owoc inspiracji takimi arcydziełami muzyki pop jak "The Hounds of Love" Kate Bush czy "So" Petera Gabriela. Czy jest zatem powód do obrażania się i wylewania żalu, że Wilson po prostu nie nagrał po raz drugi "The Raven That Refused to Sing", nie wspominając o reaktywacji swojego macierzystego zespołu?

Oczywiście, że nie ma. Podczas gdy "Raven..." oraz "Grace For Drowning" (oba to arcydzieła Wilsona) nosiły typowo klasyczne prog-rockowe brzemię wielu godzin spędzanych nad płytami Yes czy King Crimson, tak "To The Bone" czerpie z Talk Talk, Tears For Fears, Fleetwood Mac, oraz Davida Bowie. Poprzez czerpanie mam na myśli inspirację, motywację, oraz echa "zajeżdżania" tych płyt do bólu - tak w latach 80., jak i 2017. Wilson wielokrotnie usiłował rozmontować stereotyp samego siebie jako niestrudzonego awangardzisty, dziedzica Pink Floyd i powiernika pieśni klasycznego rocka progresywnego przełomu lat 60 i 70. Już poprzedni album "Hand. Cannot. Erase.", przy całej swojej koncepcyjności, ograniczał nagłe zmiany tempa na korzyść większej piosenkowości i melodyjności muzyki. "To The Bone" przesuwa wskazówkę potencjometru jeszcze bardziej w tym kierunku - w stronę medialności, filmowości, wszelako rozumianego mainstreamu, oraz równowagi doznań kubków smakowych słuchacza.

Już sama okładka jest jakąś podpowiedzią. Do tej pory Wilson nie pojawiał się na froncie swoich krążków, no chyba że masce gazowej, jako cień lub sylwetka. Pierwsza zmieniła to składanka "Transience", ozdobiona fotografią typowo zamyślonego oblicza Stevena. Tymczasem "To The Bone" to warholowski pop-art - kolory i nagość - jakby z jednoznacznym przekazem: oto ja, jaki zawsze byłem, bez masek i kamuflażu. Także w samej muzyce precz idą Łazarze, rozstępujące się niebo, najczarniejsze spojrzenia oraz uciekające karetki. W ich miejscu pojawiają się piosenki, stawiające na coraz lepszy głos Wilsona otoczony teatralną scenografią psychologicznego melodramatu. Posłuchacie "Pariah", o ile jeszcze tego zrobiliście - to dalszy ciąg tego, co Wilson wyczarował już wcześniej, na uwielbianej przez fanów piosence "Routine". Różnica polega na bohaterze tej opowieści - wtedy była to anonimowa kobieta-kruk, dusząca się w swoim tragicznym odrętwieniu. Teraz, gdy trwa "To The Bone", bohaterem nie jest osoba trzecia, lecz sam Steven Wilson.

To w moim odczuciu esencja tej płyty - jej autor śpiewa na niej o samym sobie, o bogactwie i złożoności swojej psychiki, o szerokim wachlarzu sztuczek i stylu jakim dysponuje jako muzyk i artysta. To rodzaj wyzwania rzuconego słuchaczom - jak tym razem podejdziecie do sprawy, gdy z głośników poleci "Permanating" z tanecznym bitem niczym Pet Shop Boys, albo "Song of I", znowu na dwa wokale, całkiem w stylu Prince'a? Obie te kompozycje są wspaniałe zarówno pod kątem warsztatu jak i przebojowości - pytanie tylko, co na to ci, którzy są przyzwyczajeni do "Raider II" lub "Luminol"? Na to każdy z nas musi sobie odpowiedzieć samemu. Nadal uważam, że jeśli ktoś naprawdę ceni Stevena Wilsona i rozumie rozkład jazdy jego horyzontów, tego "To The Bone" dziwić nie powinno. Tym bardziej, że nowa płyta nie zrywa z progresywnym dziedzictwem, lecz jeszcze bardziej je szlifuje, tak jak na "Detonation", "Refuge" i "People Who Eat Darkness". Nie zabrakło wpływów post-rocka, My Bloody Valentine oraz Radiohead; zatem - kto tu kogo nabrał?

Steven Wilson osiągnął już w swojej karierze wszystko, o czym marzył jako zafascynowany muzyką chłopiec, który wymyślił sobie fikcyjny zespół o nazwie Porcupine Tree. Ów zespół przecież stał się faktem - chłopiec dorastał, zyskał poklask fanów oraz respekt kolegów po fachu. Pomógł innym artystom w pokonywaniu przeszkód (Opeth, Tim Bowness, Aviv Geffen). Objechał cały świat ze swoją muzyką, nagrywając wyłącznie to, co chciał. Za sukcesem artystycznym przyszedł sukces pieniężny - niezależność artystyczna, własna wytwórnia, nagrody, status króla gatunku oraz praca z idolami z lat młodzieńczych (Chicago, Jethro Tull, Hackett, Marillion). Jest postacią, która oddycha muzyką i tańczy o architekturze - doskonale wiedząc czego chce i co ma robić. Już nie szuka, tylko dobrze bawi się tym, co znalazł. "To The Bone" nie jest pijanym widem, romansem z komercją i zerwaniem z ideałami - jest doskonale przemyślaną, a do tego niezwykle przebojową, koncepcyjną muzyką - progresywnym popem, jeśli ktoś woli. Kandydat na płytę roku. 


Autor: Jakub Oślak