Recenzje

2017-08-30
Rex Brown - "Smoke On This"
Były basista grupy Pantera nagrał solowy album, który opisał dla nas Marcin Knapik.
Wykonawca: Rex Brown
Wytwórnia: Entertainment One / Mystic Production
Rok wydania: 2017

Odcięcie się w solowej działalności od brzmień zespołu, dzięki któremu zdobyło się popularność. Oraz pokazanie swoim fanom: „Zobaczcie, mam do zaoferowania coś więcej niż sądzicie”. To nie jest łatwe zadanie dla artysty. Takiego wyzwania podjął się były basista zespołu Pantera.

Rex Brown mówi w wywiadach, że ma dość pytań o tą kapelę, thrash i metal. I to słychać na albumie. Nie znaczy to, że muzyk zaczął nagrywać płyty z kołysankami. Sporo tutaj hard rockowych brzmień. Ale jest tez miejsce na spokojniejsze, akustyczne kawałki. I jest go zaskakująco sporo.

Zaczyna się mocno i dynamicznie. „Lone Rider”, a potem „Crossing Lines” z początkiem żywcem wyjętym z „Back in Black” AC/DC. Jest jeden wyjątek od tej reguły w pierwszej części albumu – „Buried Alive” sygnalizujący, co będzie się działo dalej. Kompozycja, dla której inspiracja jest śmierć przyjaciela, Dimebaga Darella to połączenie hard rocka ze spokojem akustycznej gitary. Potem szybkie, mocne „Train Song”. Druga część płyty to głównie seria wolniejszych kompozycji (za wyjątkiem „So Into You” – mocne, ze zwolnieniem w środku i gitarowym szaleństwem na końcu). Naczelnym przedstawicielem tej grupy – bujająca, spokojna ballada „Fault Line”. Nie braknie osób, które w tym momencie zaczną sprawdzać, czy się nie pomylili i nie słuchają kogoś innego. W „spokojnej” grupie jest  także brzmiące bardzo radiowo, momentami za bardzo cukierkowo „Grace”. Sporo na albumie amerykańskiego klimatu. Nieco country, rocka lat 70. i 80. Słychać też nawiązania do AC/DC (o czym już była mowa), Led Zeppelin, ale także The Beatles („What Comes Around…”, które – swoją drogą – jest przydługie czy „Get Yourself Alright”).

Mocnymi (choć niekoniecznie brzmieniowo) punktami płyty są „Best of Me” z budowaniem napięcia (tajemnicza atmosfera przełamywana mocniejszym refrenem) oraz zamykające płytę „One of These Days”. Ta kompozycja to w zasadzie dwie piosenki w jednej. W pierwszej części – potężne bębny połączone z akustyczną gitarą. Potem znikają prawie wszystkie instrumenty, zostaje głos wokalisty. Przeradza się to w radosną końcówkę utworu..

Tej płyty słucha się przyjemnie, choć nie jest arcydziełem. Ale moim zdaniem, jej najważniejszy cel był inny. Rex Brown chciał pokazać swoje inspiracje, nie zawsze zbieżne z tym, co prezentował w Panterze. Oraz sprawić, że nie będzie tylko kojarzony z łatką „basista znanej kapeli” lub przynajmniej zrobić krok w tym kierunku. Niezły początek. Pytanie, czy muzyk zechce kontynuować tę drogę.


Autor: Marcin Knapik