Recenzje

2017-09-02
Lion Shepherd - "Heat"
Nasz recenzent Marcin Knapik wyjaśnia, dlaczego album "Heat" to jedna z jego ulubionych płyt 2017 roku.
Wykonawca: Lion Shepherd
Wytwórnia: MJM Music
Rok wydania: 2017

Lion Shepherd. Nazwę kojarzyłem, ponieważ często występują w roli supportu Riverside. Ale tak się składało, że do tej pory nie widziałem ich występu. W listopadzie 2015 roku dotarłem do krakowskiego klubu Studio, gdy kończyli grać (kilkanaście minut przed gwiazdą wieczoru). W tym roku też wiele razy grają przed Riverside, ale tak się złożyło, że nie było tak w Krakowie.

Słyszałem o nich dużo dobrego. Pochlebne oceny, zachwyty. A poza tym Riverside nie zaprasza do towarzyszenia na trasie przypadkowych kapel. Ale jakoś nie mogłem się zabrać za poznanie ich twórczości. Teraz w końcu nadarzyła się do tego okazja.

„Heat” to drugi studyjny album formacji Kamila Haidara i Mateusza Owczarka (wcześniej członków grupy Maqama). Przechodząc do sedna recenzji – jest bardzo, bardzo dobry. Bardzo blisko mi do stwierdzenia „świetny”, bo nie ma tu słabych punktów. Po pierwszym przesłuchaniu wypisałem sobie cztery słowa charakteryzujące album. Kolejne odsłuchy utwierdzały mnie w przekonaniu, że są właściwe. Po kolei.

Atmosfera. Połączenie różnych odcieni rocka z brzmieniami Orientu, Bliskiego Wschodu. Wytwarza ono niesamowity klimat. Wzmacniają go solówki Mateusza Owczarka. W ogóle świetnie się słucha jego gry na gitarach – akustycznej i elektrycznej. Pachnie Davidem Gilmourem czy Queenem z lat 70. (końcówka „Dazed by Glory” – nałożone ścieżki gitary).

Ciepło. Album nim bije. Tak samo energią, ale też przebojowością. Glos Kamila Haidara robi swoje. Poza tym dużo tutaj kobiecych chórków. Sporo tu momentów, w których aż chce się pośpiewać. Np. „Heat”, „Code of Life” czy nawet najbardziej rockowy „Fail”, który mimo tego ma wpadający w ucho refren.

Luz. Taki pozytywny. To nie jest granie na odwal się, ale też nie brzmi jakby było wymuszone i grane niczym za karę. Płyta płynie i płynie i nie chce się jej wyłączać ani przerywać tej przyjemnej podróży. Np. kończący całość „Swamp Song”, w którym mamy połączenie akustycznego, nieco barowego grania, po którym nagle pojawia się elektryczna gitara wkomponująca się w całość. To jeden z moich największych faworytów z płyty. Do nich należy też piękne „Dream On” i „Farewell”. Ale – jak napisałem wcześniej – album nie ma słabych punktów.

Przestrzeń. Album został naprawdę dobrze wyprodukowany. Słuchając go, czuje się orientalne klimaty, jakby się tam było. Energia muzyki nie została zduszona, a wręcz przeciwnie. Zalety są wyeksponowane.

„Heat” może tylko umocnić pozycję Lion Shepherd. Dołączam do grona oczarowanych. To jedna z moich ulubionych polskich płyt tego roku. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zawitać na koncert tego zespołu, bo ten materiał musi na żywo brzmieć co najmniej bardzo dobrze. Nie ma innego wyjścia.


Autor: Marcin Knapik