Recenzje

2017-09-06
Paradise Lost - "Medusa"
Na „Medusie” jest ciężko i mocno. Materiał brzmi dojrzale i ma swój mroczny klimat" - tak o nowej płycie Paradise Lost pisze nasz recenzent Marcin Knapik.
Wykonawca: Paradise Lost
Wytwórnia: Nuclear Blast / Mystic
Rok wydania: 2017

Ktoś policzył, że październikowy koncert Paradise Lost w Krakowie będzie dwudziestym siódmym koncertem tej kapeli w Polsce. Odwiedzają nasz kraj tak często jak np. Anathema. Oba zespoły łączy miano pionierów doom metalu. Ciężkie granie, walcowate brzmienie, growlujący wokal.

Oba w pewnym momencie od niego odeszły. Anathema poszła w kierunku rocka progresywnego i zrobiła to na dobre. Paradise Lost eksperymentował z elektroniką. Od jakiegoś czasu próbował wrócić do korzeni (np. ostatnią płyta „The Plague Within”). Teraz ten powrót realizuje się w całej okazałości.

Na „Medusie” jest ciężko i mocno. Materiał brzmi dojrzale i ma swój mroczny klimat. Już na dzień dobry dostajemy najdłuższy na albumie utwór – ponad ośmiominutowy „Fearless Sky”. Gotycki początek podkreślony brzmieniem organów. Całość ciężka, walcowata. Zmiana tempa pod koniec, ale i tak wszystko zamyka powrót do wcześniejszego, wolnego tempa. I do tego growl Nicka Holmesa. Ta technika dominuje na albumie. Niewiele na nim czystego śpiewu wokalisty. Kolejny dowód powrotu do korzeni. Ale nawet w utworach z mniejszą ilością growlu („The Longest Winter” i „Medusa”) i tak jest posępnie i mrocznie. Jedyny bardziej dynamiczny i przebojowy moment to „Blood and Chaos”. Taka odskocznia. Ale nie o przeboje na tym albumie chodzi. Trzeba wyróżnić „Gods of Ancient” ze świetnym, iście metalowym początkiem, nieco pokręcone „No Passage for the Dead” oraz mocarne „Until the Grave”. Bardzo dobrą robotę wykonuje nowy perkusista zespołu – Waltteri Väyrynen. O tym też trzeba wspomnieć.

Słowo o nagraniach bonusowych – „Shrines” i „Symbolic Virtue”. Jest w nich więcej czystego śpiewu, a mniej growlu i pewnie to miało wpływ na to, że wylądowały właśnie w tym miejscu. Ale klimatu, ciężkości i jakości nie da się im odmówić.

„Medusa” to płyta, która z każdym przesłuchaniem zyskuje i wwierca się w głowę coraz bardziej. Trzeba się w nią wgryźć, by odkryć jej wszystkie dobre strony, ale warto to zrobić.


Autor: Marcin Knapik