Recenzje

2017-09-06
The Fall - "New Facts Emerge"
Trzydziesta druga płyta grupy kierowanej przez Marka E.Smitha został przesłuchana dla nas przez Jakuba Oślaka. Oto jego przemyślenia z lektury "New Facts Emerge".
Wykonawca: The Fall
Wytwórnia: Cherry Red Records
Rok wydania: 2017

Zdarzają się takie sytuacje w życiu, kiedy trzeba wstać w nocy i udać się za potrzebą. Wychodzimy wtedy z sypialni, po cichu, nie zapalając światła – aby nikogo nie budzić - i po omacku szukamy wejścia do łazienki. Jednak w ciemności odległości i wymiary są inne. Szukamy ręką drzwi tam, gdzie one zwykle bywają i wtedy – bum! Uderzamy w nie głową, z dużą siłą spowodowaną nieumyślnością zdarzenia. Boli, czujemy się głupio, ale nieugięci zmierzamy do celu – już teraz znając dokładne położenie rzeczonych drzwi. Mniej więcej takie jest moje wrażenie z przesłuchania nowej płyty The Fall, „New Facts Emerge”. Bez przygotowania są bolesnym uderzeniem w czoło. Dopiero po nim możemy próbować usłyszeć ją we właściwym stanie ducha i nerwów.

To trzydziesta druga studyjna płyta The Fall. Trzydziesta druga! Który inny zespół rockowy tyle natrzepał; The Legendary Pink Dots? Wspominam o tym nie bez powodu, jako że ilość płyt studyjnych tej kultowej formacji, dowodzonej przez niezmordowanego Marka E. Smitha pozwala zapomnieć o jej gorszych fragmentach. Wynika to ze statystyki – jeśli trafi się nam bubel, możemy go zwyczajnie zignorować i sięgnąć po następny krążek z dużym prawdopodobieństwem, że będzie świetny. The Fall są nieprzewidywalni – pociski w samo sedno leżą tu obok zupełnych pomyłek. A taką właśnie pomyłką jest „New Facts Emerge”, które – jako żywo – następuje po jednym z najlepszych krążków w dorobku zespołu, „Sub-Lingual Tablet”.

W czym leży problem? Mark E. Smith dysponuje niespożytą energią twórczą; przestał już odruchowo wyrzucać kolejnych muzyków zespołu, cieszy się dobrą karmą i niezbrukaną komercyjnie legendą. Nadal tworzy muzykę, a nie tylko ją odtwarza, jak robi to wiele innych legend brytyjskiego punka, post-punka i nowej fali. Pytanie brzmi, czy tworzenie muzyki bylejakiej może być usprawiedliwione samym faktem jej tworzenia? „New Facts Emerge” jest ciężkie w odbiorze, irytujące, oraz zwyczajnie nudne. Mark E. Smith brzmi tak, jakby był pijany, gdy ją nagrywał – prawdopodobnie tak było. Jego zespół stara się co prawda grać dobre riffy w tle jego charczącego ujadania – trochę w stylu The Stooges albo Wire - ale uchodzi im to na sucho może przez dwa-trzy numery.

Reszta zasługuje zwyczajnie na zapomnienie. „New Facts Emerge” można porównać do bełkotu natrętnego pijaka, który dosiadł się do nas w angielskim pubie i z ciężkim akcentem z Salford deklamuje swoje żale wobec wszechświata. W tle słychać to, co barman puścił z laptopa. Robi się z tego nieznośny zgiełk o zapachu rozlanej Stella Artois, która wsiąkła w dywan i stanowi element klimatu miejsca. Miejsca, z którego mamy ochotę wyjść – czyli wyłączyć tą płytę i nigdy do niej nie wracać. To prawda – za drugim razem nie jest już tak źle, ale jedyne jej fragmenty które są znośne to te, gdy Mark po prostu milczy. Albowiem gdy tylko otwiera usta wydobywa się z nich bełkot – rzężenie proroka ze Speakers Corner w londyńskim Hyde Parku, którego nikt nie traktuje serio.

Nie mam prawa ani powodu, aby kwestionować artystyczne pryncypia muzyków, których słucham. Mam jednak prawo wyłączyć coś, jeśli brzmi jak torsje. Być może za trzydzieści lat posłucham na nowo tej płyty i wtedy puknę się w czoło drzwiami od łazienki, stwierdzając – przecież to jest genialne! Być może Mark E. Smith to geniusz, którego ja – prosty zjadacz muzyki – zwyczajnie nie rozumiem. Bynajmniej nie sugeruję, aby przekreślać cały jego dorobek przez jedno zgniłe jabłko; po prostu zapomnijmy, że ten krążek istnieje i słuchajmy innych. Ma ich nagranych wystarczająco dużo. A gdyby ich było mało pozostaje jeszcze jego poezja oraz liczne biografie. Myśle, że będzie to lepiej spędzony czas, niż słuchanie „Victoria Train Station Massacre” (zgroza!), albo „Gibbus Gibson”. 

Autor: Jakub Oślak