Recenzje

2017-09-09
The National - "Sleep Well Beast"
"Sleep Well Beast" to pierwsza od czterech lat studyjna płyta The National. Oto nasza recenzja tego wydawnictwa.
Wykonawca: The National
Wytwórnia: 4AD / Sonic Records
Rok wydania: 2017

Przed wieloma laty pewien brytyjski zespół nagrał swój największy przebój zatytułowany „Friday I’m In Love”. Co Robert Smith miał na myśli pisząc tą wesołą piosenkę raczy wiedzieć tylko Robert Smith; dla mnie osobiście przez wiele lat była to pochwała ekstazy jaką przynosi piątek – chwilowej wolności od rutyny, stresu, machinalności życia i działania. Będąc w wieku, gdy już za późno na umieranie w duchu rock’n’rolla, lub też za grzechy tego nieszczęsnego świata stwierdzam, że Friday, I’m in bed. Piątek oznacza odpoczynek, po męczącym tygodniu, gdy przeminął już ostatni dzień lata, a wszyscy pozornie wolni ludzie ruszyli do walki o drugą połowę błyskawicznie mijającego roku. W takich właśnie chwilach, gdy pożądam relaksu i słodkiej komy, przychodzi z pomocą zespół The National – jedna z najważniejszych współczesnych formacji indie rockowych, z ich długo oczekiwaną płytą, o jakże pasującym tytule, „Sleep Well Beast”. I, co najważniejsze, o jakże kojącym brzmieniu. 

Pisząc długo być może nie zdaję sobie do końca sprawy, że od ich ostatniego albumu minęły – tylko i aż – cztery lata. Nic dziwnego, jako że „Trouble Will Find Me” był albumem – podobnie zresztą jak jeszcze wcześniejszy „High Violet” – niezwykle udanym, definiującym to jaki ten zespół jest i brzmi. Postęp jaki amerykanie wykonali w ciągu tych trzech krążków jest oszałamiający; w zasadzie słuchacz ma przed sobą trzy dzieła, które brzmią, jakby nagrały je trzy osobne formacje. „Sleep Well Beast” to ponowna definicja poziomu, dojrzałości i stylu, jaki prezentują The National. Przede wszystkim kołyszący głos Matta Berningera, który śpiewa o pięknie Nowego Jorku z równie zaraźliwym czarem i oddaniem, co Lou Reed. Z jednej strony zamyślony i rozmarzony, a z drugiej drapieżny i poetycki jak Nick Cave; „Sleep Well Beast” to jego wielka chwila. Chwila, do której cały zespół przygotowywał się metodycznie, bez pośpiechu, aby nie pogrzebać haju na jakim zostawił ich poprzedni album.

Oczywiście brodaty Matt, jego głos, słowa i tęczowy głos to jedno. Całą resztę sprawia rzecz jasna muzyka, rozpisana na dosyć standardowy zestaw gitar, rytmu i śmiałej elektroniki. To przecież już standard, że typowo gitarowa formacja uszlachetnia swoje brzmienie bardzo nowoczesnymi ozdobnikami w postaci klików, szumów, melodyjek i spadających kropel w głuszy jaskini. Spleenowe kołysanki mieszczą się na płycie obok przebojowych, porywających kopniaków. To wspaniałe, jak kreatywnie, nowatorsko i świeżo można wciąż podchodzić do tematu piosenki, takiej z trzema zwrotkami, refrenami i mostkiem. „Sleep Well Beast” to dekonstrukcja standardu indie rocka; skłania do intymnego studiowania powierzchni sufitu przy ciepłym, aksamitnym śpiewie i delikatnym, chrupkim, błyszczącym brzmieniu. I do tego ta jakże pasująca okładka – wiejskie ostępy, stara stodoła i małe światełko w wiecznym cieniu nocy, wokół którego muzycy niosą swoje posłanie.

The National nie brzmią tak, jakby ich misją było zawojowanie świata. Oni chcą, aby każda kolejna piosenka jaką zagrają była piękna, a skomponowana z nich płyta ciekawa. „Sleep Well Beast” taki właśnie jest. To jeden z coraz liczniejszych dowodów na to, że na świecie – a zatem także w muzyce – nie liczy się już tylko kto da więcej, ale także komu jest dobrze samemu ze sobą, we własnym pokoju. The National to właśnie taki pokojowy rock, marzycielski i poetycki, cieszący się z dobrze wykonanej roboty i możliwości pokazania jej światu. Po raz kolejny wielkie brawa dla doświadczenia i renomy ich wytwórni – 4AD – oraz dla pochwały geniuszu w prostocie. „Sleep Well Beast” to wreszcie kolejny wyborny album wydany współcześnie, gdy wydaje się, że zagrano już wszystko co oryginalne. A na próbę polecam chyba najciekawszy na płycie numer „The System Only Dreams In Total Darkness”. 


Autor: Jakub Oślak