Recenzje

2021-05-05
Royal Blood - "Typhoons"
Kiedy Mike Kerr i Ben Thatcher zaczęli pracę nad nowym albumem postanowili wrócić do korzeni, do muzyki, którą grali zainspirowani takimi artystami jak: Daft Punk, Justice czy Phillipe Zdara z Cassius. Efektem jest płyta "Typhoons", którą zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Royal Blood
Wytwórnia: Warner Music Group
Rok wydania: 2021

Gdyby wydanie Typhoons było posunięciem szachowym, fachowcy oznaczyliby je w zapisie partii znakiem „!?”. Oznacza on mniej-więcej to, że dany ruch był zaskakujący, odważny, ale trudno stwierdzić, czy jednoznacznie dobry. Z punktu widzenia Royal Blood, Typhoons to świetny ruch – zmiana stylistyki wymiesza bazę ich wielbicieli jak łyżeczka herbatę, narobi szumu w mediach, a to podniesie sprzedaż. Ci, co cenili ich za ten charakterystyczny, podrywający garażowy blues rock w stylu wczesnych The Black Keys czy Band of Skulls, będą na nie – to mogę zagwarantować. Ci, co lubią ewolucje zespołów, zmiany stylistyczne brzmienia, szczególnie z rockowego na elektroniczne (Yes, New Order, Radiohead, Steven Wilson, etc.), będą zachwyceni. Co najważniejsze, Typhoons przyniesie Brytyjczykom zupełnie nową klientelę, która nie rozróżnia pomiędzy współczesnym indie-rockiem a tanecznym popem – gdyż to jedno i to samo. A ci dadzą im jakże potrzebne carte blanche.

A co ze starymi fanami? Na tym właśnie polega kontrowersyjność nowego krążka. Royal Blood, kilka lat temu, byli rewelacją w formie instant; ile już takich zespołów, szczególnie z UK, podziwialiśmy na przestrzeni ostatnich dekad? Ich trwający pół godziny debiut dał im markę, rozpoznanie, renomę, a co najważniejsze, otworzył przed nimi świat. Po czym powietrze uszło z balonika równie szybko, co do niego weszło; w tym świecie bez sentymentów, na wiecznym speedingu i multi-taskingu, pochłaniamy muzykę jak obiad dostarczony aplikacją. A dostawców jest tylu, że jest w czym wybierać. To powoduje, że ponowne zamówienie tego samego, czyli How Did We Get So Dark?, drugi album Royal Blood, obyło się już bez efektu ‘fuck yeah!’, poza fanami. Tymi samymi, którzy teraz dostają ultimatum – albo jesteście z nami, albo ciao. Teraz gramy tak, jak słychać: imprezowo, dyskotekowo, tanecznie, ciągle z gitarą, ale z naciskiem na synthy i bity. Bez sentymentów, ale z wykrzyknikiem.

I tutaj pojawia się problem z Typhoons. Pomimo całej swojej dobroci, soczystości, nowatorskości, potencjału tanecznego i hitowego, tej całej atmosfery miasta i jego miejsc, jest to przeżycie zbyt jednorazowe i wykalkulowane. Typhoons jest pełen dynamitu i radości, ale dla słuchacza, który lubi analizować muzykę przez różne pryzmaty, może ona wydać się płytą produktową, a nie natchnioną. Nie chodzi już o to, że ‘rock’n’rollowcy’ porzucili gitary dla synthów, która to historia powtarza się już od 40 lat, a wciąż są tacy, których to boli. Niczego nie porzucili, bo od samego początku ich brzmienie miało ten swój bezczelny taneczny groove, który tak przyciągnął ludzi do siebie. Ten groove nie przeminął, tylko dostał upgrade systemu; a zwykle dzieje się tak, że po nich większość użytkowników jest zaskoczona i na nie. Teraz jest dokładnie tak samo, a po kilku przesłuchaniach stwierdzimy z zaskoczeniem, że Typhoons działa tak samo, na obie poprzednie płyty Royal Blood, czyli dobrze.

Pytanie tylko, czy do kilku przesłuchań w ogóle dojdzie? Typhoons warto poznać, ale czy pozostaniemy przy nim na dłużej, na deser, czy dokładkę? Wątpię. To bardzo jednorazowa płyta, przypominająca przejażdżkę kolejką górską albo wizytę w kinie 3D. Gdy trwa, jest spoko; ale, czy zaraz po zakończonym seansie mamy ochotę natychmiast tam wrócić? Nie, ani natychmiast, ani w najbliższym czasie, być może w ogóle. Typhoons są jak frytki; są świetnym dodatkiem, ale tylko dodatkiem, dorzucanym do twojego wegańskiego hotdoga albo burgera za zasadzie zestawu w dobrej cenie, a nie sedna posiłku. To taka płyta, o której mówi się z przyjaznym uśmiechem, że ‘jest dobra do auta’, albo ‘na pewno świetnie zabrzmi na żywo’ – i nie mam wątpliwości, że tak właśnie będzie. Ale sama w sobie, dla wielu, będzie też grubą kreską; kto chce, może iść za nimi, ale widać i słychać jak na dłoni, że odbiorcą Typhoons nie jest już ta sama osoba, co na starcie Royal Blood.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load