Recenzje

2022-09-20
Ozzy Osbourne - "Patient Number 9"
Na swój trzynasty album Ozzy Osbourne zaprosił rockową arystokrację w osobach m.in. Jeffa Becka, Erica Claptona, czy starych druhów w osobach Zakka Wylde’a, czy Tony’ego Iommi’ego. To sprawiło, że „Patient Number 9” jest albumem, który wcale nie zwiastuje końca Króla Ciemności.
Wykonawca: Ozzy Osbourne
Wytwórnia: Sony Music Poland
Rok wydania: 2022

Doniesienia na temat stanu zdrowia Ozzy’ego w ostatnich latach nie napawały optymizmem. Postępująca choroba Parkinsona, zakażenie COVID-em i inne dolegliwości, które dokuczają mu od lat, ograniczyły przede wszystkim jego aktywność koncertową. Z tego powodu Osbourne nie mógł promować na żywo swojej poprzedniej płyty „Ordinary Man”, wydanej w lutym 2020 roku. Ale nie oznacza to, że nie pozostał twórczy. Więcej – kilka dni po wydaniu tamtej płyty, ogłosił, że już pracuje nad kolejną, ponownie z producentem Andrew Wattem i songwriterką Ali Tamposi, zapraszając przy okazji śmietankę rocka (Chada Smitha z Red Hot Chili Peppers i nieodżałowanego Taylora Hawkinsa z Foo Fighters na bębnach; Roberta Trujillo z Metalliki i Duffa McKagana z Guns N’ Roses na basie, czy wspomnianych wyżej gitarzystów) do wspólnego tworzenia.

„Patient Number 9” otwiera kompozycja tytułowa z udziałem Jeffa Becka (wyrywającego się w połowie numeru i zapodającego kapitalne, sprzęgające solo), będąca liryczną opowieścią ze szpitala psychiatrycznego. Można uznać, że Osbourne nie po raz pierwszy wsparty technologią (wokale wygładzone momentami jeszcze bardziej, niż na „Ordinary Man”), radzi sobie wręcz znakomicie. Rewelacyjnie wypada także hardrockowy „Immortal” z udziałem Mike’a McCready’ego, gitarzysty Pearl Jam, będący nawiązaniem do słynnego incydentu, kiedy to Ozzy odgryzł głowę nietoperza, myśląc, że to rekwizyt. Jednocześnie jest to deklaracja nieśmiertelności ze strony gospodarza, jakże różniąca się od tej sprzed ponad 20 lat, gdy na płycie „Down To Earth” odżegnywał się od tytułowania go sabbathowym „Iron Manem”. Solówka McCready’ego brzmi jak zmutowana i płynie niczym fala od jednego głośnika do drugiego. Zaś w przypadku „Parasite” nie da się pomylić brzmienia gitary z żadnym innym – to Zakk Wylde, wieloletni członek zespołu Osbourne’a, na co dzień lider własnego Black Label Society. Jego stonerowo brzmiąca gitara solidnie naznaczyła ten numer. Wylde zresztą spośród wszystkich gitarowych gości na płycie udziela się najwięcej razy, bowiem jego grę można usłyszeć także w pozornie balladowym „My Darkness” (rewelacyjne solo), klasyczno-osbourne’owym „Nothing Feels Right” (jeszcze lepsze solo) i mocno sabbathowym „Evil Shuffle”. Najważniejszym gościem wydaje się jednak Tony Iommi, z którym relacje na przestrzeni wielu lat zmieniały się sinusoidalnie (Ozzy przyznał niedawno, że ostatnia reaktywacja Black Sabbath nie należała do najprzyjemniejszych, głównie ze względu na chęć dominacji po stronie Iommiego). Tu jednak obaj panowie zgodnie działają w „No Escape From Now”. Kulminacyjnym momentem jest nie tylko świetna partia gitary, ale i cała druga część utworu, która przywołuje klimat znamienitych dokonań ich macierzystej formacji. Iommi pojawia się także w równie udanie postsabathowym „Degradation Rules”, gdzie z kolei Ozzy zagrał na harmonijce. Największym zaskoczeniem wydaje się natomiast udział na płycie Erica Claptona. Osbourne uznaje go za megagwiazdę, a jego występ na swojej płycie za zaszczyt. Słynny ‘Slowhand’ dodał do „One Of These Days” sporo swojej charakterystycznej, bluesowo-łkającej gitary, choć nie obyło się ponoć bez zgrzytu (Claptonowi nie podobał się główny wers utworu: One of these days that I dont’ believe in Jesus…). Z kolei „A Thousand Shades” to typowo osbourne’owa powerballada, naznaczona brzmieniem smyczków, w której ponownie udzielający się Jeff Beck zagrał jednak znacznie żarliwiej, niż w poprzedniku. Ostatnie 3 utwory na płycie, to już raczej wypełniacze: osbourne’owo poprockowy „Dead And Gone”, nieco zbyt ociężały „God Only Knows” (z dość wyraźnym udziałem Taylora Hawkinsa i brzękliwą gitarą Watta), oraz mglista quasi-bluesowa miniaturka „Darkside Blues”.

„Patient Number 9” wypada nieco okazalej, niż „Ordinary Man”. Więcej tu naturalności oraz… radości z gry, którą emanują właściwie wszyscy gościnnie udzielający się na płycie muzycy. Każdy z nich chciał zdaje się skutecznie zaznaczyć swój udział na płycie Księcia Ciemności. Dla części z nich to przecież spełnienie dziecięcych marzeń, dla pozostałych – nie tylko kumpelska przysługa, ale wciąż nobilitacja.


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load