Recenzje

2016-11-07
Lambchop - "Flotus"
Lambchop brzmi dziś jak nie z tej epoki. Nienowocześnie, analogowo, ciepło i nostalgicznie. „Flotus” to jednak idealna płyta nie tylko na długie jesienne wieczory.
Wykonawca: Lambchop
Wytwórnia: Merge / Sonic Records
Rok wydania: 2016

Po pierwsze tytuł - FLOTUS, to skrót od For Love Often Turns Us Still. I wokół tego właśnie uczucia w sposób niezwykle kojący i jednocześnie ujmujący Kurt Wagner przedstawia nam świat. Bezpośrednią inspiracją był tu ślub kolegi żony Wagnera, odbywający się na wsi nieopodal Nashville, gdzie rodzinna i bezpośrednia atmosfera zainspirowała artystę, który podobną starał się zawrzeć na płycie. Po drugie – muzyka. Trudno w czasach zdominowanych przez przesadnie skompresowane brzmienie znaleźć aż tak naturalny analogowy sound. Tak jest od pierwszych dźwięków otwierającego płytę długiego „In Care Of 8675309”, który równie dobrze mógłby trwać kolejne 11 minut. Równie sentymentalny nastrój przynosi „Directions To The Can”, kojarzący się nieco z dokonaniami francuskiego Air. Utwór tytułowy brzmi z kolei jak soundtrack do spaceru po Drodze Mlecznej.  Jest to jedna z najpiękniejszych kompozycji na płycie. Powolna i nienachalna. Jej rozwinięciem zdaje się być gospelowo-triphopowy „JFK”. Trzecim do spółki w podobnej stylistyce jest „Howe”, który nijako zamyka ten „tryptyk”. Kolejnym jest bowiem „Old Masters” – równie nastrojowy, choć z bardziej zarysowaną warstwą rytmiczną, która czyni zeń piękne tło dla tańca w parach, gdzieś w przytulnej knajpce na południu Stanów. Trochę tylko razi tu zmodyfikowany wokal Wagnera. Tak jak w poprzednich utworach sprawdzał się idealnie, tak tutaj aż prosi się o naturalność. Z kolei „Relatives #2” nosi w sobie elementy stylu Radiohead. Na plan pierwszy wysuwa się tutaj werbel, który ozdobiony został delikatną partią pianina i ciepłym wokalem Kurta. Z kolei „Harbor Country” spokojnie mógłby być typowym „lambchopowym” singlem. To kolejna partia dźwięków brzmiąca jak transmisja z randki na sondzie kosmicznej. Kapitalnie natomiast wypada dość minimalistyczny z początku i bujający „Writer”, który wzbogacony został brzmieniami gitary w stylu country i delikatnym klarnetem Matta Glassmeyera.  Dopełnia go najbardziej na płycie odrealniony wokalnie, ale ponownie ciepły brzmieniowo „NIV”. Całość zamyka natomiast hipnotyczny, space’owy liczący ponad 18 minut  „The Hustle”.

Fantastyczna płyta. Niedzisiejsza, ale niezwykle potrzebna i będąca dowodem na to, że na pełną ciepła i spokoju muzykę nadal jest miejsce i czas.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load