Recenzje

2018-06-10
Father John Misty - "God’s Favorite Customer"
Father John Misty nie próżnuje i dokładnie rok po wydaniu „Pure Comedy” przynosi nam nowy album.
Wykonawca: Father John Misty
Wytwórnia: Bella Union / Mystic Production
Rok wydania: 2018

„God’s Favorite Customer” to tak naprawdę dzieło wielu muzyków, którzy zebrali się tu pod kuratelą Josha Tillmana; obok niego samego usłyszymy tu chociażby Bobby’ego Krlica z The Haxan Cloak, Jonathana Wilsona, oraz kilka innych ciekawych postaci. Oś muzyki pozostaje niezmienna – opiekuńczy głos, słowa które zapędzają nas w dziwaczne zakamarki wyobraźni, oraz charakterystyczne poczucie humoru. To już wizytówka Tillmana, który po opuszczeniu Fleet Foxes podążył podobną co oni drogą zrewitalizowanego folku; lecz to, co odróżnia muzykę FF od Father John Misty to właśnie żart i absurd, dystans do samego siebie, nierzeczywistość. Można się spierać czy w „poważnej” muzyce rozrywkowej jest miejsce na humor; odpowiedź jest prosta – tak. Pod warunkiem, że z muzyki nie robi się kabaretu; to pozostawmy duetowi Flight of the Conchords.


Inspiracji za śpiewem, piosenkopisarstwem i brzmieniem Father John Misty można wymienić cały szereg. Jest oczywiste, że duchy Lennona i Harrisona miały swój udział w tej płycie, podobnie jak Dennis Wilson, Peter Green, a nawet Syd Barrett. A za nimi jednym tchem Cat Stevens, Nick Drake, Arthur Lee. Nastrój sielski, ale i depresyjny. Z jednej strony śmierć i szafot, a z drugiej wiersze, telefony i nagłe przebudzenia. Piosenki Tillmana wiodą krętymi, często absurdalnymi ścieżkami, trochę jak we śnie, gdzie początek przygody nijak ma się do jej końca. Muzyka zaaranżowana jest na zasadzie skromnej szczodrości – dyskretnej, acz bogatej kompozycji, której głównym zadaniem jest nastrój i scenografia dla bajającego głosy Tillmana. Zresztą ów nastrój przez cały czas trwania płyty bardzo się zmienia – raz nurzamy się w zwiastującym smutek bluesie, aby za chwilę znaleźć się na sielskiej, psycho-folkowej łące. I nie wiadomo, co gra tu główną rolę.

Father John Misty to przykład muzyki z pogranicza folku i popu, który doskonale odnalazł się w naszych czasach, gdzie rządzi różnorodność, nieprzewidywalność i estetyczne kontrasty. To kolejny brodacz z gitarą i iPhonem, który z jednej strony nagrywa w drewnianych chatach z dala od zgiełku, aby za chwilę dać nura w prądy metropolii i tam objawiać swoją muzykę i poezję. Współczesna muzyka rozrywkowa przeczy sztampom i schematom, bez względu na to czy gramy pop, metal, prog-rock czy hip-hop. Josh Tillman podchodzi do renesansu muzyki folkowej w sposób niebanalny, indywidualny, starając się zacierać granicę i otwierać szuflady. To przykład współczesnego artysty, obok np Devendry Banhart czy Sun Kil Moon, który gra po prostu sobie, tak jak dziecko śpiewające do lustra z plastikową gitarą-zabawką. Jest w tym niewinność, jak i coś z psychodelii – czegoś, co się nam tylko wydaje, biegając i skacząc jak powidok po źrenicach.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load