Recenzje

2018-09-24
Suede - "The Blue Hour"
Londyńscy pionierzy brit-popu kończą swój tryptyk zapoczątkowany intrygującym "Bloodsports" oraz triumfalnie kontynuowanym na "Night Thoughts".
Wykonawca: Suede
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

 

Londyńscy pionierzy brit-popu kończą swój tryptyk zapoczątkowany intrygującym Bloodsports, oraz triumfalnie kontynuuowanym w Night Thoughts. Oba te albumy ukazały się po 7 latach formalnego nieistnienia zespołu, które było następstwem typowego lotu rock’n’rollowego Ikara. To oni byli londyńską odpowiedzią na rozkwitającą w Manchesterze nową gitarową Anglię przełomu lat 80 i 90-tych, która wybuchła takimi super-gwiazdami jak Oasis i Blur. Lider Suede, Brett Anderson, przez wiele lat pozostawał nieformalnym dziedzicem stylu Davida Bowie i Morrisseya – androgenicznej ikony zdobiącej okładki wszystkich najważniejszych angielskich pism muzycznych. Ich pierwsze trzy albumy przyniosły im status legendy, a wraz z nim nieodłączny element ekscesywnego życia i nadmiernego konsumowania sukcesu. To okazało się początkiem ich zguby; kolejne albumy nie były już tak hołubione, a sama ich muzyka zyskała miano przewidywalnej. To, oraz wyczerpanie życiem gwiazd rocka w ojczyźnie i w trasach koncertowych, przesądziło o zawieszeniu działalności zespołu na 7 lat, w trakcie których muzycy rewidowali swoje priorytety. Gdy wreszcie powrócili, nie zajęli się odcinaniem kuponów od resztki sławy; przeciwnie – rozpisali swoją muzykę na czystej karcie, nadając jej nową jakość i wymiar. The Blue Hour jest punktem krytycznym tego „nowego” Suede – ostateczną eksplozją ich tożsamości muzyków dojrzałych, myślących niemainstreamowo i nadal służących swojej twórczej misji.

 

The Blue Hour to bezdyskusyjnie najbardziej złożony album w całym dorobku płytowym Suede, nagrany z największą pompą i fajerwerkami aranżacyjnymi. Chociaż Anderson temu zaprzecza, The Blue Hour brzmi jak album koncepcyjny – indie rock-opera – z filmową magią Praskiej Orkiestry Symfonicznej, narracją, interludiami, elementami monologów i dialogów „bohaterów” tej historii. Już wcześniej na Bloodsports i Night Thoughts można było wyczuć ich potencjał narracyjny (do Night Thoughts został nakręcony film – „teledysk” o długości całego albumu); jednakże, wszelkie te elementy nie miały aż takiej siły i rozmachu, co na The Blue Hour. Nawet sympatycy zespołu mogą poczuć się zaskoczeni przy pierwszym kontakcie z albumem; wszelkie pilotujące go single ani trochę nie zapowiadały tego konstrukcyjnego oblicza, stanowiąc jedynie przysłowiową cegłę w murze. Dopiero po odsłonięciu całości misternej rzeźby, ze wszystkimi jej detalami, smaczkami, no i całym budzącym zachwyt pięknie, słuchacz mógł zrozumieć sens tych dziwnych singli. Nadal nie będą one przebojami, ponieważ The Blue Hour jest jak mówi sam Anderson dla tych, co kochają albumy a nie pojedyńcze piosenki. Oto całe sedno tej płyty; nawet jeśli nie jest ona koncepcyjna, co uważam jedynie za umizgi jej autorów, to jest ona zwartą, zamkniętą całością i tylko tak należy ją odbierać. Nie po to była skrzętnie montowana i składana, aby teraz robić z niej single, power-playe i playlisty. Suede już od dawna pozostają poza tym obiegiem i chwała im za to.

Ale jaka właściwe owa całość jest? Mroczna, smutna, nie od deszczu mokra lecz od łez. To sprytne połączenie pięknych piosenek, takich jak „Wastelands”, „Life is Golden”, „Tides” czy „The Invisibles” w logiczny ciąg wydarzeń – reżyserowaną narrację przypominającą dawne słuchowiska radiowe. Anderson ze swoim nieodmiennie młodzieńczym głosem (obniżonym od wieku i powagi sytuacji) przybiera postać narratora, który śpiewa o entropii świata i człowieka. Sprawy nie pozostają wyjaśnione do końca, co było przemyślanym zabiegiem; słuchacz nigdy nie wie o co tak naprawdę chodzi, a sens niepokojących, często enigmatycznych słów piosenek musi sobie dopowiedzieć sam. Czas kiedy Suede rozanielali niepokorne dusze swoich pięknych fanów takimi hitami jak „The Wild Ones”, „Saturday Night” czy „By The Sea” nie ma tu wstępu. Tu mieszkają duchy Edgara Allana Poe i tajemniczy uśmiech Davida Lyncha. Tu mamy do czynienia z wizją artystyczną większą niż cały zespół Suede, z ich ekscesami, pragnieniem sławy i młodości, neurotycznością i chwiejną psychiką. Tu Brett Anderson i jego kompania są natchnionymi kreatorami, których dzieło z wygłodniałego jęku ego staje się wyższym celem – wezwaniem muzyki do stworzenia czegoś, czego do tej pory nie zaznali. Podobnie jak Tommy zespołu The Who, The Blue Hour wynosi grupkę rock’n’rollowców na nieznany im dotychczas poziom. To płyta w której słuchacz może się zagubić, aby co krok dawać się zaskoczyć innym elementem tej wizji rzeczywistości. Na czas jej trwania The Blue Hour wpędza nas w koszmar, ale po wybudzeniu z niego pozostawia w nas wyłącznie radość i satysfakcję.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load