Recenzje

2018-09-27
Riverside - "Wasteland"
Opowiadanie o nowej płycie Riverside jest zadaniem tyle zaszczytnym, co trudnym. Wasteland jest bowiem trudną płytą i aby ją usłyszeć, trzeba spróbować zrozumieć w jakim ten zespół znajduje się miejscu.
Wykonawca: Riverside
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2018

Ta płyta aż ocieka kontekstem; mówimy tu nie tylko o pierwszym studyjnym albumie Riverside bez udziału Piotra Grudzińskiego, ale o czymś, co już zostało nazwane ich drugim debiutem. Wasteland  jest momentem redefinicji Riverside jako zespołu. Po mozolnej wspinaczce na Olimp (Love, Fear and the Time Machine), w ciągu trzech lat zdążyli spaść do piekła, wypełnić testament (Eye of the Soundscape) i z godną podziwu siłą woli zacząć odbudowywać swoje jestestwo. Nie zrekrutowali nowego gitarzysty; za te partie odpowiadają w „gościnnym” charakterze Maciej Meller i Mateusz Owczarek, a także sam Mariusz Duda. Owa gitara ciągle płacze, ale inaczej; jest to zgrzyt starego mechanizmu, jęk pordzewiałego w garażu żelastwa, w które ktoś tchnął nową siłę. Nie ma tu mowy o imitacji, lecz następstwie pewnego standardu i jednego ze znaków rozpoznawczych Riverside, jaki pozostawił po sobie Grudziński. Tak, opowiadanie o tej płycie nie jest łatwe.

Tematem albumu jest świat po globalnym katakliźmie. Wszystko wybuchło, spłonęło, stanęło, umarło; ostatni ludzie poukrywali się w ruinach, kryjąc twarze przed skażonym powietrzem.  Usiłują w jakiś sposób trwać, nie wiedząc co będzie jutro; czy ich życie ma jeszcze sens, czy ruiny tego co znali, ciągnące się po błękitny horyzont, mają koniec, w kierunku którego warto iść? To czytelna metafora, która wymownie przekłada się na brzmienie Wasteland – smutne, ale piękne. Mariusz Duda woli określać swój styl grania jako rock melancholijny, niż progresywny. W tej rzeczywistości nie ma mowy o progresji, czyli postępie; to powrót do punktu wyjścia, gdy w 2001 miały miejsce pierwsze próby zespołu. To moment, w którym Duda, Michał Łapaj i Piotr Kozieradzki muszą odnaleźć się w jeszcze bardziej odpowiedzialnych rolach, usiłując wypełnić tę lukę w studiu i na scenie – miejsce, o którym zapewne nigdy nie myśleli, że może być puste. Jest rzeczą oczywistą, że Wasteland brzmi inaczej, niż dotychczasowe płyty Riverside; nie tylko jest to nowy rozdział po dwóch, zamkniętych trylogiach, ale najbardziej oczekiwana polska płyta od czasu... Second Life Syndrome.

Na czym polega inność tej płyty? Z pewnością dyskusję wywołają wpływy ludowe. Mówimy o melodyjnym śpiewie Mariusza (już od progu, w „The Day After” lub w pierwszej połowie „River Down Below”), o gościnnych skrzypcach Michała Jelonka, o ludycznych słowach piosenek („Lament”), kołysankowym, wręcz neo-folkowym wydźwięku („Guardian Angel”, „Wasteland”). Owe wpływy są bardzo subtelne, ale dla polskich uszu zupełnie oczywiste. Co należy podkreślić, nie stanowią sedna całego dzieła, a jedynie element jego niezwykłego posmaku. Ma to znaczenie w zrozumieniu nastroju tego albumu; ta mała post-apokalipsa nie przenosi nas do oddychającego piaskiem świata z filmu Mad Max, lecz w nasz własny, słowiański ugór – tam, gdzie wśród szkieletów przydrożnych kapliczek i połamanych drogowskazów unosi się swąd spalonego zboża i płacz dziecka. Tam, gdzie idylliczne sny Józefa Chełmońskiego ustępują miejsca koszmarnym widzeniom Zdzisława Beksińskiego. Tam, gdzie horyzont przybiera barwę dymu, a cmentarne posągi aniołów trawi kwaśny deszcz. Zabierz mnie nad rzekę, tam w dolinie; jeśli jakaś jeszcze pozostała. Aż dziw, że Mariusz nie zaśpiewał tego po polsku.


Pomimo ponurych okoliczności wydania tej płyty oraz jej post-apokaliptycznej fasady, która z racji rzeczy wesoła nie jest, Wasteland nie jest albumem depresyjnym. Nie pozostał kamień na kamieniu, w powietrzu unosi się gaz – ale kataklizm już minął. Należy odnaleźć w sobie wszystkie te idee, wartości, wspomnienia i pragnienia, które motywowały na codzień – przypomnieć sobie o wszystkich tych chwilach, dla których warto było żyć – zrobić z nich zastrzyk prosto w serce i ruszyć przed siebie. Instrumenty  jęczą i brzęczą, rozstrojone i popękane; gitary płaczą, ale ich płacz zakłóca kurz i rdza; bas i bębny – chrapliwe i głuche, zbudowane na tym, co znaleziono w gruzowisku; klasyczne rockowe keyboardy mruczą żałobnie, kościelnie - przecież wszystkie komputery wreszcie szlag trafił. A nad tym wszystkim unoszą się skrzypce, przeszywające powietrze niczym daleki krzyk rozpaczy. A mimo to jest w tym resztka nadziei – krzepiący smutek, który nie pozwala na inny odbiór tej płyty jak radość. Riverside ponownie ruszają naprzód; w innym gronie, ale w duchu przyjaźni i potrzebie muzyki.Świat który w niej namalowali jest metaforyczny, ale nauka z niego płynąca jak najbardziej dosłowna.

Riverside ponownie przynieśli nam album arcyciekawy, o którym będzie się długo mówić – i co najważniejsze, dużo go słuchać. Gdy wracam do ich dorobku płytowego, często zauważam mimowolnie: „O, to brzmi jak Marillion, a to jak Pink Floyd; a tu słychać Purpli i Sabbathów; a to wypisz-wymaluj Porcupine Tree...”. Gdy słucham Wasteland, podobna myśl nie przychodzi ani razu. Riverside brzmi tu jak Riverside; paradoksalnie, przy całej inności tego albumu. Te dramatyczne klawisze (dziedzictwo Lorda i Manzarka) sprzężone z warkoczącym, spalinowym basem, ta rozpiętość perkusji od podziemnego łomotu po subtelne punktowanie, ta dbałość wokalu o każdą głoskę, no i ta rozdzierająca serce gitara. Do tego Wasteland jest dobrze rozplanowany; każdy utwór jest pozycją silną i indywidualną, ale dopiero razem, w kolejności, nabierają właściwej dynamiki i dramaturgii. Płyta zapewne nie od razu przypadnie do gustu wszystkim sympatykom zespołu. Na pewno znajdą się marudy; ale i do nich z czasem dotrze jak piękny i imponujący jest to krążek. Wasteland to coś więcej niż muzyka – to dalszy ciąg niezwykłej historii, którą wielu z nas obserwuje od samego początku.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load