Recenzje

2018-10-16
Kurt Vile - "Bottle It In"
"To triumf współczesnego psycho-folku w jego najwyższym punkcie" - tak ocenił nową płytę Kurta Vile'a nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Kurt Vile
Wytwórnia: Matador / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Jedną z najpiękniejszych cech muzyki jest jej ponadczasowość. Muzyka nie ulega entropii - korozji, przedawnieniu lub starzeniu. Nośniki podlegają prawom natury i fizyki, zaś same albumy czy style muzyczne są często dyktowane modą. Jednak muzyka jako ogół pojęć, biosfera dźwięków skomponowanych, ekosystem trendów i tradycji, pozostaje stała – nienaruszona czasem, niewzruszona postępem technologicznym, nigdy nie tracąca na swojej wadze, istocie i znaczeniu. Zmierzam do tego, że w muzyce nie ma rzeczy przestarzałych, zabytkowych, które wraz z rozwojem i postępem tracą znaczenie. Wszystko, co zostało nagrane np. w latach 70-tych ma dziś takie samo znaczenie jak wtedy, gdy postawało; wciąż rodzą się bowiem nowe osoby, które jeszcze tego nie słyszały i które mogą być danym brzmieniem głęboko zafascynowane. Co więcej, gdzie jak nie w muzyce da się zaobserwować zjawisko wielotorowości – równoległego prowadzenia wielu historii, mainstreamowych, alternatywnych i zupełnie niszowych. W muzyce „starość” nie jest wadą; to powab vintage, mody na brzmienia minionych dekad, które nigdy nie idą na złom – są cały czas do naszej dyspozycji, jako słuchaczy i twórców – i nawet gdy jej autorzy odchodzą, są cały czas z nami.

Kurt Vile jest jedną z bardzo wielu postaci, która bogactwo owych minionych dekad skrzętnie wykorzystuje. Jego brzmienie i twórcza postawa jest bardzo „na czasie” – to człowiek od wszystkiego: słów, głosu, gitary i wszelkich innych dźwięków, jakie wraz z nim spoczywają na ganku przed domem. To prominentny okaz współczesnego barda – kogoś, kto czerpie z archetypu, jaki wciąż kontynuują tacy ludzie jak Bonnie „Prince” Billy, Father John Misty, Sufjan Stevens czy Kevin Morby. Wystarczy rzut oka na okładkę nowej płyty Vile’a, aby wszystko było jasne: ten biały okrąg imitujący odcisk używanej płyty analogowej, ta kolorowa psycho-popowa oblamówka zdjęcia Kurta; brakuje tylko informacji: stereophonic record. To wszystko ma oczywiście przełożenie na samo brzmienie płyty: folk-rockowe, indie-bluesowe, stawiające nie na popisy i szpan, lecz radość indukowaną obrazami zeń płynącymi. Kurt gra sobie a muzom; coś tam brzdąka, coś tam mruczy – i tak przez 8-10 minut piosenki. Jest w tym coś z ulicznego buskera, któremu dodatkowo rytm podaje prosta bit-maszyna; technologia, chociaż nad wyraz dyskretna, czuwa i pozostaje obecna. Od tego  nie ma ucieczki. Możemy z tym walczyć, ale uwolnić nas może tylko globalny kataklizm. Jedyną drogą jest symbioza.

Kurt przyniósł nam album wypełniony radością. To album krzepiący, zaraźliwy i wyrazisty, przy całej swojej niepozorności i tumiwisizmie. To muzyka samotnych poetów gitary, którzy lubią doskonalić swoją niedoskonałość. Ta płyta wydaje się tak niezobowiązująca – ale to pozory. Gdy wsłuchamy się uważniej, znajdziemy w niej tyle energii, witalności i zaangażowania, ile tylko artyście przystoi. To odpowiedź na sukcesy The War On Drugs i zbliżone do nich łagodne, dynamiczne, otulające brzmienie drogi. To dziedzictwo Toma Petty i jego podwórkowej americany; to Fleetwood Mac i ich domowe ognisko niedoskonałej, post-hippisowskiej rodziny. To Nick Drake i Scott Walker i ich eksperymenty z piosenką; to Cat Stevens i Van Morrison i ich nadwrażliwy perfekcjonizm. W muzyce Vile’a jest ciepło i dobrze; jego piosenki przypominają improwizacje, z roboczymi, nonsensownymi słowami, nagrane do mikrofonu na sofie w salonie. Ta płyta była nagrywana „na kolanie” – jak się dało i gdzie się dało, w przelocie między koncertami, tam gdzie czas pozwolił. To nic innego jak styl pracy Neila Younga, ale dla samego Kurta oznacza to prawdopodobnie album życia, a dla nas kandydata do płyty roku. To triumf współczesnego psycho-folku w jego najwyższym punkcie.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load