Recenzje

2018-10-29
Agnieszka Chylińska - "Pink Punk"
Pink punk – tik tak. Ten nieśmieszny żart z tytułu płyty mamy już za sobą Niestety, sama płyta nie jest żartem. Naprawdę się ukazała. Choć tym razem mogliśmy na to przygotować, bo Agnieszka Chylińska nie powtórzyła manewru sprzed dwóch lat. Wtedy z zaskoczenia wydała album „Forever Child”.
Wykonawca: Agnieszka Chylińska
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Kiedy w piątek przeczytałem na pewnej stronie internetowej tytuł: „Agnieszka Chylińska wraca z ostrym gitarowym albumem” i zdanie „Tak ostro nie grała od dawna!” (tak jest, zdanie z wykrzyknikiem), to ze śmiechu aż spadłem z krzesła. Potem pomyślałem: Skoro Lady Gaga zaczęła nagrywać utwory, których da się słuchać (do filmu „A Star Is Born”), to może i tu czeka mnie pozytywne zaskoczenie.

Nie czekało. Mija dekada, od kiedy Chylińska (kiedyś wokalistka O.N.A., jakby ktoś zapomniał) stała się wokalistką dla mas. Dodatkowo juroruje w znanym programie w znanej telewizji. Pominę dalszą część wywodu pod tytułem „Kiedyś to było” i przejdę do zrzędzenia. Bądźmy szczerzy – płyta „Pink Punk” jest cieniutka. Że ostry gitarowy album? Dajcie spokój. Zatrzymajcie tę karuzelę śmiechu.

Zaleta tej płyty? Jest krótka. Tylko 34 minuty. I to by było na tyle w kwestii zalet. Są dwa skojarzenia, które przychodzą mi przede wszystkim do głowy po wysłuchaniu tego czegoś. I jedno pytanie. Pierwsze skojarzenie – melodyjny death metal niskich lotów. Czyli niby ostra muzyka, a taka wyładzona. W efekcie całokształt wzbudza śmiech. „Mam zły dzień” to przykład takiego gryzienia się muzyki i słów. Skojarzenie z melodyjnym death metalem też pojawiło mi się też przy utworze „Śmie(r)ć” z krzyczącą, wrzeszczącą wręcz Chylińską. Choć ten utwór nawet nie aż tak tragiczny. Drugie skojarzenie – punk dla nastolatków. Przyznaję, można się pokusić o pogo przy kilku utworach, np. „Szoku” czy „Tapecie”. Przy „Grinhed” też, ale w nim zestawienie punku z wywrzeszczanym „la, la, la, la, la, la”… W sumie – przynajmniej jest śmiesznie.


A pytanie, które sobie zadaję brzmi: gdzie jest ta ostrość, którą zapowiadano? Ta ostrość pojawia się momentami. Ale nazwanie tego albumu „ostrym gitarowym albumem” to ogromna przesada. Nieraz utwory zdradzają punkowe inklinacje, ale wyładzenie robi swoje. A czasami mamy po prostu do czynienia z balladkami („Psie życie”, „Utopie”). Większość utworów zaś z ostrością muzyki ma tyle wspólnego, co Krystyna Pawłowicz i Stefan Niesiołowski z racjonalnymi wypowiedziami. Zwraca się uwagę na teksty utworów, szukając w nich nawiązań do prywatnego życia Chylińskiej. Ale niektóre z tekstów nie są powalające, delikatnie mówiąc. Wspomniałem już wyżej o „la, la, la, la, la, la”.

Nie chce mi się dłużej znęcać nad tym albumem. W trzydzieści cztery minuty można zrobić dużo pożytecznych rzeczy. Zjeść obiad. Pójść na spacer. Zastanowić się nad sensem zmiany czasu. Przeczytać fragment książki… Tu powinien być efekt podobny do stopniowego wyciszania się mówiącego głosu. I spuszczamy w ten sposób zasłonę milczenia nad albumem.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load