Recenzje

2018-11-01
Dead Can Dance - "Dionysus"
Dead Can Dance powrócili po 6-letniej przerwie z nowym, znakomitym albumem studyjnym "Dionysus". A już za 7 miesięcy zespół pojawi się w Warszawie na dwóch koncertach.
Wykonawca: Dead Can Dance
Wytwórnia: PIAS Poland
Rok wydania: 2018

Po zmartwychwstaniu przyszedł czas na rytuał dziękczynny. Po gremialnie uwielbionym Anastasis i triumfalnym powrocie na scenę, Dead Can Dance ponownie zapadli się pod ziemię na sześć lat. Naturalnie, ani Lisa Gerrard ani Brendan Perry przez ten czas nie próżnowali; bogini bawiła wśród bułgarskich chórów, nagrywała ze Zbigniewem Preisnerem i Klausem Schulze, a jej arcykapłan pracował we Francji nad projektem No Land. Gdzieś, w ciszy, skupieniu i tajemnicy, w drogach powietrznych między Paryżem a Melbourne, zaczął rodzić się nowy album Dead Can Dance. Wiadomość o nim uderzyła nagle – Brendan poinformował lakonicznym postem o końcowej fazie miksowania, a Lisa napomknęła w wywiadzie, że płyta jest już gotowa, zasadniczo. Bez afery, bez pompowania balonika; jak będzie to będzie. No i wreszcie jest, a przepowiadający go fragment już figuruje na szczycie polskiej listy przebojów.

Fragment, a nie konkretna piosenka – to bardzo istotne w kontekście struktury tej płyty. Gerrard zapowiadała, że będzie inaczej – i jest. Tu nie ma konkretnych piosenek, lecz dwa długie akty, skonstruowane z zazębionych wzajemnie części. Skojarzenie z klasycznymi albumami Tangerine Dream (Rubycon, Ricochett) i Mike’a Oldfielda (Tubular Bells, Ommadawn) jest wręcz automatyczne. To zupełna nowość w dorobku płytowym Dead Can Dance, przypominająca przygody Lisy z muzyką do filmu, lub współpracę z Klausem Schulze. Jednakże, długa forma nie oznacza zasadniczych zmian w samym brzmieniu muzyki (chociaż ma ona na nią pewien wpływ). Nadal przygrywają nam instrumenty dawne, na czele z cymbałami, rytualny rytm wyznacza harmonijna perkusja, a nad tym wszystkim oczywiście płyną głosy, śpiewające językami duszy. Co zatem sprawia, że Dionysus brzmi świeżo i zaskakująco?

Patronujący płycie grecki bóg Dionizos, jak pamiętamy ze szkół, jest bogiem wina i płynącej z niego radości. Jest on również opiekunem teatru i obrzędów religijnych, szczególnie tych mocno zakrapianych – Bachanaliów. Muzyka wypełniająca Dionysus ma być niejako próbą oddania nastrojów owych rytuałów, refleksją nad ich znaczeniem oraz podróżą dla duszy i wyobraźni. Nic więc dziwnego, że Dead Can Dance brzmią tu bardzo wesoło, radośnie, wręcz ekstatycznie; co zresztą jest zgodne z nutą jaka przyświecała ich dwóm poprzednim albumom, Anastasis i dawno temu Spiritchaser. Krążek jest stosunkowo krótki – 36 minut, ale słucha się go jednym tchem i wręcz odruchowo puszcza od nowa. To znaczący kontrast wobec chociażby Within the Realm of the Dying Sun, uznawanego za najlepszą płytę DCD, które, choć jeszcze krótsze, jest wyczerpujące dla duszy. Muzyki ku czci Dionizosa można słuchać bez przerwy.

Mimo iż Dionysus z oczywistych względów należy do tej samej parafii co pozostałe płyty Dead Can Dance, jego konstrukcja i brzmienie ustawiają go gdzieś z boku całej reszty. Nie ma tu tego bezdennego smutku z dawnych albumów zespołu; nie ma też ascezy instrumentalnej (celem uwypuklenia głosów), ani przesadnego podziału i schematu: piosenka Lisy / piosenka Brendana. Dead Can Dance nigdy wcześniej nie brzmieli tak zgodnie i harmonijnie, tak symbiotycznie i – tak razem. Na froncie Dionysus stoją instrumenty i ich aranżacje, a nie głosy, co przypomina płytę Aion; de facto, w pierwszej połowie albumu nie słychać wcale głosu Brendana, a Lisa „ogranicza się” do rytualnych okrzyków i nieco słowiańskich zaśpiewów. Dopiero w drugim akcie jego bohaterowie stają w snopie światła i w pełnej chwale uwalniają to, co zawsze sprawiało, że słuchacze koncertu Dead Can Dance odruchowo pochylają głowy.

Pomimo swojej antyczności tematycznej i instrumentalnej, Dionysus ma w sobie wyraźny pierwiastek nowoczesności. To aranżacje obu aktów, które mieszają kolejne tematy do postaci kolażu, z jakich słyną przedstawiciele innego świata muzycznego, tacy jak Coldcut czy The Avalanches. Te wszystkie wibrujące instrumenty, psychodeliczne barwy, hipnotyczny rytm i ekstatyczne głosy – to wszystko jest mocno skompresowane i zmiksowane do jednolitej bomby witamin i space-cake dla duszy. To mocno sprężyste brzmienie, bez chwili nudy i grama kitu, chociaż znajdą się i tacy, co bezrefleksyjnie skrytykują płytę jako world music, w jednym worku z Deep Forest i Enigmą. Tam, gdzie Anastasis było grzeczne, ułożone i chwilami przewidywalne, tam Dionysus całkowicie niszczy i przestawia ściany tego spektaklu. Wydaje się, że dzięki tej płycie zespół pochwycił coś nowego, co tylko wróży dobrze, im - i nam.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load