Recenzje

2020-03-27
Pearl Jam - "Gigaton"
Siedem lat. Niby nic, niby chwila, szczególnie w XXI wieku, ale właśnie tyle lat fani Pearl Jam czekali na nowy album swoich ulubieńców.
Wykonawca: Pearl Jam
Wytwórnia: Universal Music Poland
Rok wydania: 2020

Mimo iż zespół przez ten czas nie próżnował (trasy koncertowe, solowe projekty, wizyty w zakładach pracy), to z roku na rok narastał niepokój: czy Pearl Jam nie zabrnął pod twórczą ścianę? Czy oni jeszcze cokolwiek robią razem, poza wyskakiwaniem na scenę? Przesłanką do niepokoju był fakt, iż do tej pory nigdy nie czekaliśmy na album tak długo; nawet w kryzysowych dla zespołu czasach, kolejna płyta zawsze była gdzieś za rogiem, w zasięgu wzroku, a gwiazdy z Seattle stosowały niezwykłe tempo i reżim pracy. Zatem, gdy po wydaniu Lightning Bolt w 2013 i promującej go trasie, nowy materiał nie nadchodził, sympatycy zespołu zaczęli wysnuwać teorie, które miały to wyjaśnić: muzycy wypalili się, są skłóceni, znudzeni, Eddie Vedder zawłaszczył i olewa zespół… Dość powiedzieć, ogłoszenie daty premiery Gigaton przywitał globalny oddech ulgi fanów: wszystko jest w porządku, magia znowu działa, a 30-lecie działalności zespołu uświetni nie tylko (kolejna) trasa, ale też zupełnie nowy album! To będzie wspaniały rok, co może pójść nie tak…?

Chyba nikt z nas nie wyobrażał sobie, że w ciągu tych dwóch miesięcy świat zmieni się aż tak, jak widać za oknem każdego z nas. Gigaton ma w sobie przekaz społeczny: tytuł oraz okładka nawiązuje do problemu globalnego ocieplenia i kryzysu klimatycznego. Ilość lodu, jakiej z roku na rok ubywa w strefach podbiegunowych, liczona jest w gigatonach = bilionach kilogramów. To ponure słowo pojawiało się w przekazie międzyludzkim głównie w kontekście eksplozji jądrowych. Jednakże, nie o klimacie będziemy myśleć słuchając Gigatonu, lecz o kryzysie zakodowanym pod nazwą COVID-19. Zamiast triumfalnej urodzinowej trasy – odwołane koncerty, niepewność i pozamykane granice. Zamiast dyskusji o nowych piosenkach – amok społeczny i medialny. Zamiast radości z przeżywania płyty – izolacja i kwarantanna. Ale, być może, w tym szaleństwie, zamknięciu w domach i pustych ulicach, jest ukryta pewna metoda. Być może właśnie ta nieszczęśliwa okoliczność sprawi, że obdarzymy Gigaton jeszcze większą uwagą, niż w sytuacji „normalnej” – w zgiełku ulicy, w hałaśliwym aucie, w harmidrze biura, gdzieś na szybko z telefonu, w codziennej marszrucie, w nerwach i stresie.

Tu nie chodzi już tylko o oddanych fanów, którzy podchodzą do sprawy bardzo osobiście i chcą, aby ich drużyna wygrywała. Gigaton ma być dla Pearl Jam dowodem na to, że po 30 latach wciąż panuje między nimi twórcza chemia i są w stanie nagrać album, o którym się mówi; taki, który narobi szumu, zostanie zauważony i zdobędzie zupełnie nowych sympatyków. Pearl Jam nigdy nie był zespołem przesadnie nowatorskim, ale też nie zwykł grywać zachowawczo. Każdy ich album był na swój sposób zaskoczeniem, często budzącym skrajne reakcje i emocje. Po dwóch dosyć przeciętnych krążkach i tych 7 latach czekania, nad Gigatonem ciąży presja afirmacji. Ma on utwierdzić wyznawców Pearl Jam w słuszności ich wiary, a zespół w pewności siebie i symbiozie kreatywnych, bratnich dusz. Gigaton nie może być słaby, neutralny, przeciętny i nudny; szczególnie, gdy pierwszym singlem jest „Dance of the Clairvoyants”, który podziałał jak ziarno rzucone w sam środek gąszczu gołębi. Ta jedna piosenka jest rzeczą pionierską w dotychczasowym dorobku Pearl Jam – a pytanie o Gigaton tak naprawdę sprowadza się do tego, czy pozostałe 10 numerów jest czymś równie elektrycznym i świeżym?


Odpowiedź brzmi, nie jest. I bardzo dobrze. Gdyby cały Gigaton brzmiał tak jak „Dance…”, nie dalibyśmy sobie z nim rady. Ten numer, doskonale rytmiczny i taneczny, zasługuje na elegancki remiks na maxi-singlu. To deklaracja – wątpiliście w nas, oto wróciliśmy, zmierzcie się z tym. Przypomina bardziej dokonania Davida Bowie lub Talking Heads, niż cokolwiek, co pozostało z brzmienia Seattle tamtych lat. Jeżeli Gigaton nie pogrzebie ostatecznie stereotypu grunge, to nic tego nie dokona. Już dwa poprzednie albumy nie miały z grungem nic wspólnego, padając ofiarą opinii wtórnego korpo-rocka, któremu daleko do natchnienia Ten i Vs., i artyzmu No Code czy Riot Act. Gigaton robi co może, aby w kontekście płyty Pearl Jam znowu zabrzmiały takie słowa jak artyzm i natchnienie. Pod kątem wykorzystanych środków, ładunku dźwięków i zamaszystości słów, ten krążek pęka w szwach. Jest naszpikowany elektroniką i efektami, pomysłami, detalami i ozdobami. Na każdym z obecnych tu 11 utworów dzieje się coś ciekawego; coś, co kojarzy nam się z chlubną przeszłością Pearl Jam, jak i mniej obiegową opinią zespołu nieustępliwego, szukającego innowacji.

Unikalną cechą Gigatonu na tle innych albumów Pearl Jam jest nie tylko bogactwo pomysłów i szczegółów, ale także otwartość i podatność na interpretacje. O Gigatonie można powiedzieć prawie wszystko i w jakimś stopniu będzie to prawdą. Jest nowatorski, ale operuje także sprawdzonymi pomysłami. Porusza kwestie społeczne, ale zagląda też muzykom prosto do serc i dusz. Jest polem do popisu dla kompozytorów, w szczególności Jeffa Amenta i Stone’a Gossarda, ale też tradycyjnym rykowiskiem Veddera, autora słów. Jest wyraźnie podzielony na dwie połowy: energiczną, dynamiczną, porywającą, przebojową; i tą liryczną, bardziej intymną, domową, osobistą. Znajdziemy tu echa fascynacji każdego członka Pearl Jam z osobna, jak i owoc ich wspólnej burzy mózgów, zderzenia osobowości, rozumienia się bez słów po 30 latach drogi. Najbardziej cieszy fakt, iż to wszystko efektownie przenika się, miesza i uderza iloczynem składników, a nie ich sumą. Oraz to, iż w fotelu producenta, Pearl Jam posadzili nie Brendada O’Briena, lecz Josha Evansa, zaufanego technika i inżyniera dźwięku, dla którego było to największe z dotychczasowych wyzwań zawodowych.

Co nie oznacza, że Gigaton jest płytą doskonałą. Czy album jest trochę za długi? Czy dzwon w głosie Veddera już nie rozbrzmienia jak dawniej? Czy płyta może wydawać się nierówna, na siłę udziwniona? Czemu Vedder w wielu momentach „zagaduje” muzykę, zamiast pozwolić towarzyszom na odrobinę instrumentalnego szaleństwa, jak kiedyś na „Rearviewmirror” albo „Porch”? Czy solówki Mike’a McCready nie brzmią jak rozgotowany makaron, odwalone i generyczne? Co zespół miał na myśli komponując koszmarne „Buckle Up”? Dlaczego „Retrograde” jest na albumie, a nie odwrocie jakiegoś singla? Takich pytań można zadawać wiele i nie są one bez pokrycia. Ale zarzuty wobec Gigatonu można odeprzeć jego atutami: „Quick Escape” to zeppelinowskie uderzenie między oczy, „Who Ever Said” zagości obok „Breakerfall” czy „Insignificance”, a „Superblood Wolfmoon” i „Never Destination” to czysta radość rock’n’rolla. Analogicznie, niepozorne „Alright”, akustyczne „Comes Then Goes”, podniosłe „Seven O’Clock” oraz cave’owski „River Cross” to chwile zadumy i piękna, jakie Pearl Jam grywali wcześniej choćby na „Nothingman”, „Parting Ways”, „Thin Air” czy „The End”.

Kto zechce oddać pokłon tej płycie, ma ku temu wszelkie argumenty; kto będzie chciał go siarczyście skrytykować, nie będzie musiał długo szukać zaczepki. Ale obie te strony gdzieś się spotykają i mogą być zgodne, co do jednego: Gigaton jest na tyle żywotnym, odważnym materiałem, wyczekanym i poddanym krytyce milionów par uszu, że o Pearl Jam znowu się mówi. Słychać na nim to skąd przychodzą, gdzie zaszli, oraz dokąd dalej zmierzają. To idealny album urodzinowy i towarzysząca mu impreza: trochę wspomnień, trochę szaleństwa tu i teraz, trochę planów na przyszłość. Każdy z członków Pearl Jam ma tu swoje pięć minut i każdy z nich jest dopuszczony na chwilę do odtwarzacza na tej imprezie. Mamy hawajskie surfujące numery, mamy popisowy hard- i sentymentalny soft-rock, mamy wpływ klasyki, jak i zupełnie nowe impulsy, taneczne i artystyczne (Jack White, Josh Homme). Jak rzadko kiedy, Pearl Jam pokazuje na Gigaton swój potencjał kompozycyjny, osłuchanie, doświadczenie, otwartość na wpływ czasu i głosów z wewnątrz serc. I niewątpliwie przynosi dobry impuls każdemu słuchającemu w tych coraz dziwniejszych, przerażających, fascynujących czasach.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load