Recenzje

2020-04-06
Me & That Man - "New Man, New Songs, Same Shit, Vol.1"
W 2016 roku powstał projekt Me And That Man. Projekt zaskakujący. Adam Nergal Darski i John Porter. Nergal (dla niektórych wcielenie zła) otoczony amerykańsko brzmiącym światem country i bluesa. Choć jego śpiew momentami brzmiał groteskowo. W 2018 roku drogi Portera i Nergala się rozeszły. Nie było to chyba rozstanie w przyjaznej atmosferze, co może sugerować teledysk do „Run with the Devil”.
Wykonawca: Me & That Man
Wytwórnia: Mystic Production
Rok wydania: 2020

Adam Darski kontynuuje działalność projektu. Na nowej płycie nie jest sam. Towarzyszy mu nie tylko zespół (Sasha Boole, Matteo Bassoli, Łukasz Kumański). Nergal zebrał całe grono gości. I to tych z ekstraklasy. Analogie do drużyny gwiazd czy pisanie o dream teamie nie jest przesadą. Jorgen Munkeby z norweskiego Shining, Niklas Kvarforth ze szwedzkiego Shining, Sivert Høyem z Madrugady, Mat McNerney z Grave Pleasures, Ihsahn z Emperora, Anders Landelius z Dead Soul, Johanna Sadonis z Lucifera, Jérôme Reuter z Rome, Matt Heavy z Trivium, Corey Taylor z Slipknota. A jakby było mało gości, to jeszcze swoje trzy grosze w postaci gry na gitarach dołożyli Brent Hinds z Mastodonu i Rob Caggiano z Volbeat.

Taka ilość i jakość gości robi wrażenie. Jednocześnie jednak pojawia się pytanie o spójność materiału; o to, że każdy będzie chciał sprawić, że utwór będzie w jego stylu. Tutaj goście podporządkowali się głównemu dowodzącemu. Efektem jest album brzmiący bardzo amerykańsko. Klimatycznie kontynuacja z pierwszej płyty Me And That Man. Blues, country, folk i nie tylko. „Burning Churches” spełnia wszystkie warunki szantowości łącznie z chórkami. Są cave’owsko brzmiące wokale Siverta Høyema w „Coming Home”, Matt Heavy śpiewający niczym Elvis Presley w „You Will Be Mine” - akustycznej balladzie z harmonijką oraz rock’n’rollowe, personalojesusowe „Run with the Devil”.


Metalowa dusza musi sobie trochę ulżyć, co dzieje się w zamykającej płycie „Confession”. Westernowy utwór przemienia się w blastową, metalową naparzankę. Najjaśniejszym punktem albumu jest „By The River” - bluesowe ciągnięcie się połączone z rockową mocą i bardzo jasnym punktem, czyli głosem Ihsahna. Najzwyczajniej wypada „Męstwo” - jedyny utwór śpiewany po polsku i tylko przez Nergala. Słucha się go co prawda przyjemnie, ale jest jednocześnie mdławy, bez wyrazu. Z karykaturalnie brzmiącymi dziecięcymi chórkami sugerującymi, że Nergal mógł się naoglądać występów Arki Noego.

Diabeł w ludzkiej skórze – taki obraz mi się nasuwa po słuchaniu płyty. Grozy nie ma zbyt wiele. Jest za to album w amerykańskim stylu. Słuchając go, można sobie wyobrazić siebie w samochodzie przemierzającego Amerykę i patrzącego na jej krajobrazy. Do tego jest dość spójny, biorąc pod uwagę wielość gości i słucha się go po prostu przyjemnie.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load