Recenzje

2020-11-27
Brendan Perry - "Songs of Disenchantment "
Lider grupy Dead Can Dance bez fanfar wydał nowy solowy album studyjny, na którym zaprosił nas do Grecji.
Wykonawca: Brendan Perry
Wytwórnia: Brendan Perry
Rok wydania: 2020

Przed chwilą Midnight Oil udzieliło nam przyspieszonego repetytorium z historii Australii, a teraz inny muzyk związany z Antypodami, Brendan Perry, uczy nas greckiego folku. A konkretnie, stylu zwanego rebetiko – tradycyjnego brzmienia greckiej ulicy, kojarzonego z najuboższymi warstwami społeczeństwa, a także tawernami, kawiarniami, palarniami haszyszu, a nawet więzieniem. Stąd tytułowy underground, w tym przypadku, odnoszący się do społeczeństwa. To pozornie wesołe, malownicze brzmienie, zbudowane wokół brzmienia instrumentu zwanego buzuki, to grecki odpowiednik bluesa – to piosenki ludu, biedoty, szemranego towarzystwa, cinkciarzy i emigrantów. Brendan poznał je w greckich dzielnicach Melbourne, gdzie w miejscowych tawernach grecka emigracja dodawała sobie otuchy winem i śpiewem. Jak mówi sam Brendan, który także jest emigrantem, tamte piosenki przemówiły do niego językiem muzyki, w sposób niedosłowny, i trwale wpłynęły na to, co później wykształcił w brzmieniu Dead Can Dance, pełnym folku i mistycyzmu.

Songs of Disenchantment to nie tylko hołd, jaki Brendan składa rebetiko; to także, prawdopodobnie, pierwsze nagranie tej muzyki w języku angielskim. Gwoli ścisłości, te piosenki zostały przetłumaczone z tradycyjnych tekstów na angielski; ale, aranżacje oraz obsługa wszystkich instrumentów są już dziełem Brendana. To, że umie on grać na buzuki wiemy nie od dziś z Dead Can Dance; gruszkowa lutnia stanowi tam jeden ze znaków rozpoznawczych, podobnie jak cymbały Lisy Gerrard. Do tej pory, jednakże, była ona wykorzystywana w ‘poważnych’ kompozycjach, pełnych zadumy, poezji, tajemnicy i melancholii. Songs of Disenchantment nie do końca ową powagę kontynuują; dużo jest tu o piciu wina, paleniu haszyszu i wracaniu pijanym po dobrej zabawie. Dużo o miłości, oraz smutku ściśle z nią powiązanym. Dużo tu serdeczności, kolokwialności, a nawet rubaszności. To zdecydowanie najmniej ‘poważna’ z płyt Brendana, mimo iż jej wesołe, dionizyjskie słowa są przez niego wyśpiewywane z typowym posągowym stoicyzmem. Nawet, gdy zdarza mu się zakrzyknąć między zwrotkami ‘opa!’

Songs of Disenchantment to materiał, który można oceniać pod wieloma kątami. Łatwo jest się przyczepić, że Brendan stroi sobie żarty, że za dużo wina w czasie pandemii; a także, skoro Lisa Gerrard ma swoje bułgarskie chóry, to on teraz będzie mieć swoje greckie tawerny. Co więcej, jak na jego trzeci solowy album (nie licząc projektów gościnnych), wydawanych raz na 10 lat, po klasycznym Eye of the Hunter i znakomitej Ark, można czuć się trochę zaskoczonym, o ile nie zawiedzionym. Ja nie postrzegałbym tego krążka przez pryzmat poprzednich, ani tym bardziej DCD; nie bez powodów ten album ukazał się bez żadnych fanfar, jak gdyby miał to być stricte artystyczny kaprys. Same w sobie, Songs of Disenchantment stanowią bardzo wyrazisty, pięknie zaśpiewany i zagrany zbiór akustycznych ballad, opatrzonych tym dobrotliwo-ponurym głosem, za który tak kochamy Brendana. To płyta bez typowego dla niego misterium; brzmi tak, jakby grał na ulicy, do kapelusza, gdzieś na placyku z widokiem na Morze Śródziemne, wśród rozbrykane dzieci i starców ćmiących sziszę. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load