Recenzje

2016-10-25
Leonard Cohen - "You Want It Darker"
"Leonard Cohen i jego deszczowe songi były od zawsze w moim życiu „muzyką dla dorosłych”, podobnie jak filmy Polańskiego, książki Bukowskiego czy stojący w szafce na wieki wieków koniak" - możemy przeczytać we wstępie do recenzji nowej płyty Leonarda Cohena autorstwa Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Leonard Cohen
Wytwórnia: Sony Music
Rok wydania: 2016

To jeden z tych artystów, których stale odkładałem na bok, ponieważ sam musiałem najpierw dorosnąć.  Jego głos powracał takimi przebojami jak „Dance Me to the End of Love” czy „Everybody Knows” i za każdym razem rozpościerał wokół przyjemną aurę tajemnicy, nocy i zagadkowego snu. Gdy niedawno jego piosenka ozdobiła czołówkę drugiego sezonu Detektywa – nie poznałem go. A teraz, gdy dobiegł już 82 lat na karku, wydał nowy krążek. Tylko że tym razem, I’m ready my Lord!

Słuchając „You Want It Darker” myśl moja jest jedna i natychmiastowa – Leonard Cohen powoli gasi światła, częstując nas na rozchodnego najlepszym, najbardziej wytrawnym koniakiem jaki ma. To końcowe kartki w notesie, gdzie stary mistrz zapisuje swoje ostatnie wiersze wraz z instrukcjami co dalej. To cicha elegia o samym sobie, który szykuje się do ostatecznego, największego wyzwania życia. To zapis dylematów intelektualisty, hedonisty oraz osoby uduchowionej – jaką niewątpliwie jest Leonard Cohen – w ekstazie kolejnego dnia i strachu przed kolejną nocą. To wreszcie próba dialogu – z Bogiem? – którego do tej pory lekceważył, a do którego w trwodze przychodzi.

„You Want It Darker” to płyta niezwykle elegancka, intymna i subtelna. Budzi skojarzenia z „American IV: The Man Comes Around” Johnny’ego Casha, tym gdzie znajduje się słynne wykonanie „Hurt”. To wyraz bólu, strachu i niepewności – czegoś z czym każdy z nas będzie musiał się zmierzyć. Cohen także próbuje i póki co śpiewa najlepiej jak pozwala mu jego coraz głębszy, chrapliwy, popielaty głos. Ale tematyka piosenek wskazuje wyraźnie: nieuchronnie zbliżamy się do finału, napisów końcowych, ekranu kontrolnego, a wreszcie ciemności. To nie czas na sławienie Zuzanny czy uwodzenie Marianny – teraz przyszła pora rozliczenia i spowiedzi, sam na sam ze sobą, ostatniej refleksji i namaszczenia.

To wszystko może wydawać się frapujące i melancholijne, ale w rzeczy samej wypada zachwycająco. Panuje tu zarówno aromat retrospekcji – przeglądu życia i tego co pozostawia po sobie najlepszego – jak i osobistej eschatologii w obliczu świadomego przechodzenia. Wspomniałem o Johnnym Cashu, którego ostatnia płyta wydaje się bardzo tożsama z albumem Cohena; podobnie jest z ostatnimi krążkami Davida Bowie, Boba Dylana, Bryana Ferry, Scotta Walkera, a nawet Nicka Cave’a. To płyty świadome, których autorzy wiedzą w jakim momencie życia złapała ich muza. Mistrzowstwo Cohena (oraz wszystkich wymienionych wielkich) polega na uczynienia z tego momentu śpiewu łabędzia. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load