Recenzje

2016-11-24
Meller/Gołyźniak/Duda - "Breaking Habits"
"Breaking Habits" to album nagrany przez trio Maciej Meller/Maciej Gołyźniak/Mariusz Duda. Wrażenia z przesłuchania tej znakomitej płyty opisał Jakub Oślak.
Wykonawca: Meller/Gołyźniak/Duda
Wytwórnia: Rockserwis
Rok wydania: 2016

Długo zwlekałem z oceną tego niezwykłego wydawnictwa, jako że nie potrafię się go nasłuchać. Od tygodnia rozpoczynam z nim każdy poranek, spędzam popołudnie, a nawet zasypiam w słuchawkach. W drodze do pracy, przy piwie z kolegami, w samotności, przy lekturze, itd. Co chwila pojawiają się nowe szczegóły, nowe nuty, nowe słowa; kompozycje są zupełnie odmienne, ale tworzą przewrotnie niespójną i fascynującą całość. Część z nich brzmi jak niedokończone szkice, inne są wyraźnie improwizowane, a pozostałe są doskonale przemyślane. Być może dlatego jest to krążek tak witalny, aczkolwiek ulotny, wymagający regularnego odsłuchu i podgrzewania w pamięci, sercu, krwiobiegu i układzie nerwowym.

„Breaking Habits” to niezwykły mariaż – punktów widzenia, stylistyk, pomysłów, talentów i osobowości. To trio, jak się domyślam, wyszło przypadkiem, „lewą ręką” – ze spotkania artystów, których misją jest tworzenie muzyki, a nie umizgiwanie się publiczności. Riverside, Quidam i Sorry Boys – progresywność, artyzm oraz mainstream – łączą się w deltę, która zrodziła niezwykły materiał. Każdy z muzyków wychodzi śmiało poza swoje dotychczasowe ramy, szukając twórczego ujścia bogatych fascynacji i muzycznych ambicji. Nie jest możliwe, aby sklasyfikować ten krążek słowem bardziej precyzyjnym, niż rock. Usłyszymy tu wpływy brzmień klasycznych oraz hard, bluesa, psychodelii, indie, alternatywy, proga, a nawet jazzu i funka. Brzmi niedorzecznie, ale jest prawdziwe.

Krążek ten można przyrównać do zbioru krótkich opowiadań, które powiązane są ze sobą jedynie osobą autora, oraz jego poczuciem estetyki. W przypadku trzech autorów, owo poczucie to cała tęcza barw i pomysłów. I każdy z nich da się odnieść do konkretnego wpływu, lub bodźca. Na myśl przychodzą mi najlepsze power-tria w historii rocka, czyli Cream oraz Rush, z całą ich malowniczością i warsztatem. Chwilami robi się ciężej – patrz Faith No More lub Soundgarden – a innym razem lekko jak Myslovitz. Można dochodzić kto miał w którym utworze więcej do powiedzenia, ale moim zdaniem nie jest to ważne. Ten album ma za zadanie intrygować i „przełamywać rutynę” – także u słuchacza, dla którego „Breaking Habits” będzie niewątpliwym wyzwaniem i nagrodą w jednym.

Co to mnie osobiście najbardziej urzeka w tej płycie to jej „chwilowość”. Powstała, jak mniemam, pod wpływem impulsu, chwili. Każda z jej piosenek to chwile uchwycone na taśmie magnetycznej, zrodzone bardziej z instynktu artystów, niźli przemyślanej i planowanej akcji. To także „chwilowość” słuchania, wynikająca z różnorodności materiału. Pod koniec krążka trudno jest sobie przypomnieć co było na jego początku; ba, czasami trudno jest sobie przypomnieć nazwę zespołu lub tytuł albumu. Na czas jej trwania, ta płyta pochłania. Gdy jednak wybrzmiewa, ulatuje jak smak poziomki lub aromat lawendy. Dlatego też chce się ją pochłaniać raz po raz; tym bardziej, że być może mamy do czynienia z jednorazowym projektem. Te sprawy pozostawmy jednak twórcom; my słuchajmy. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load