Recenzje

2016-12-06
Kristin Hersh - "Wyatt At The Coyote Palace"
Nowy album studyjny nieco już zapomnianej liderki amerykańskiej grupy Throwing Muses.
Wykonawca: Kristin Hersh
Wytwórnia: Kristin Hersh
Rok wydania: 2016

Kristin Hersh to jedna z wychowanek wytwórni 4AD – labelu, który swego czasu wyznaczył inną jakość w muzyce rozrywkowej. Były to brzmienia zupełnie z boku tego wszystkiego, co miały wówczas do zaoferowania mainstream i alternatywa. To był inny kanał transmisji dźwięków, dostępny dla wybrańców losu, którzy dzięki arcydziełom ze znakiem 4AD odmieniali swoje życia, stawali się lepsi. Kristin Hersh była współzałożycielką Throwing Muses, ekipy muzyków z innego świata, doskonale wpisującej się w poczet takich zespołów jak Pixies, Modern English, Lush, czy Cocteau Twins. Jej piosenki wypływały wprost ze strumienia świadomości, bez baczenia na sens słów czy układ rymów. Było to podyktowane z jednej strony wrażliwym zdrowiem psychicznym, a z drugiej postawą na przekór wszystkiemu, na zawsze samej sobie sterem, żeglarzem i okrętem.

I ta postawa przeniosła się także na jej solową twórczość, która bardzo dobrze wpisuje się w amerykańskie tradycje folk-rockowych piosenkarek, takich jak Joan Baez czy Joni Mitchell. Jej nowy album, „Wyatt At The Coyote Palace”, przypomina znaleziony gdzieś leżący odłogiem dziennik, lub pamiętnik. To długi, bo aż 80-minutowy album wypełniony piosenkami bardzo intymnymi, kameralnymi, w których główną osią całego zamieszania jest głos i gitara. Tu i ówdzie oczywiście pojawiają się dyskretne wtrącenia – basu, pianina, wiolonczeli, a nawet czegoś elektronicznego; ogólny wydźwięk całej płyty to jednak „ja i moja gitara”, niczym spowiedź albo notatka głosowa, dla samej siebie albo zgoła nikogo. To nie powinno być zaskoczeniem dla znających przebieg kariery Hersh i jej dokonania. To co może być niespodzianką, to rozmach tego dzieła i jego pokrętność.

Tą płytę bardzo łatwo jest odrzucić już na samym początku. Do głosu Hersh trzeba się przyzwyczaić – to śpiew kobiety, która sporo w życiu przeszła i dużo wypaliła papierosów. Jest pokryty patyną czasu jak u Marianne Faithfull, ale i bardzo dziewczęcy jak u Cyndi Lauper. Jej instrumentarium jest dosyć klasyczne, ale wykorzystanie niecodzienne. Jak zawsze, tak i teraz, Hersh wszystko wygina, przeinacza, przekręca i umyślnie kaleczy, tak aby jej piosenki nie były jednoznaczne i przewidywalne (ten zabieg bardzo przypomina dokonania nieżyjących już amerykańskich bardów Tima Buckleya, Nicka Drake’a oraz Vica Chesnutta, którego zresztą Hersh była bliską znajomą). Jej słowa zaś to kod, który rozumie tylko ona; to słowa odruchowe, będące jej intymnym zapisem obserwacji rzeczywistości przez szparę w oknie. Jak gdyby były to piosenki nigdy nie przeznaczone do publikacji.

Jak już pisałem, rozmiar tego albumu może przytłoczyć – spokojnie dałoby się go skrócić o połowę bez utraty jego magii i uroku. Nie codziennie mamy do czynienia z płytą pełną „zwyczajnych” piosenek, rozpierających się na dwóch krążkach. Tymczasem „Wyatt At The Coyote Palace” to jakby długi wieczór z gitarą, na którą jesteśmy skazani – bo wysiadł prąd, lub też pada deszcz, a my jesteśmy uwięzieni w ciasnej chatce gdzieś nad jeziorem. Ta płyta przypomina niektóre dokonania PJ Harvey („White Chalk”) oraz Cat Power („Speaking For Trees”) – gdzie silna niezależność współgra z mimowolną kreatywnością i kruchą intymnością. To album, który ma dużą siłę; aczkolwiek, z całą pewnością, nie zaskoczy od razu i ma prawo znudzić tych, co w biegu życia starają się dogonić rachubę czasu. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load