Recenzje

2016-12-19
Yello - "Toy"
Yello powraca i to pełną parą. Ich nowy album „Toy” momentalnie stał się sensacją wśród fanów, jako że jest to pierwsza płyta w historii zespołu, którą Yello promowało koncertami na żywo!
Wykonawca: Yello
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2016

To niesamowite gdy się nad tym głębiej zastanowić; głos i wąs Dietera Maiera znają wszyscy, a brzmienie jakie wykreował Boris Blank to sampling najwyższej próby. A jednak nigdy dotąd nie pokazywali się na scenie. Obaj od wielu lat słyną z „happeningowych” prowokacji swojej sztuki, której muzyka jest tylko częścią. Być może przełamanie tych koncertowych lodów to tylko część mistycznej koncepcji w którą słuchacz jest bezwolnie wciągany? Pamiętajmy, że na końcu wszystkiego co czyni Yello czai się zabawna puenta i komediowa anarchia, godna braci Marx lub Monty Pythona.

Yello od zawsze byli w swojej niepowadze bardzo poważni. Ich największe przeboje – „Oh Yeah” i „The Race” – to przede wszystkim misternie utkane z sampli elektroniczne mozaiki, niesione w eter na oparach jazzowego szaleństwa i mistyfikacji. To co od zawsze charakteryzowało ich muzykę to artystyczna nieprzewidywalność oraz umowna przebojowość. Podobnie jak The Art of Noise, piosenki Yello to świetne synth-popowe numery do słuchania i podziwiania, tworzące wspólnie enigmatyczne, starannie reżyserowane albumy, gdzie nic nie jest przypadkowe lub dowolne. Na „Toy”, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, mamy do czynienia z pierwiastkiem sceniczności, przedstawienia na żywo, aniżeli instalacji w galerii wokół której snują się znudzeni znawcy.

Na „Toy” znajdziemy zarówno przebojowość, jak i koncepcję, i jeszcze więcej elementów artystycznego dzieła, tudzież prowokacji. Jako słuchacz jestem wciągany w meandra bogatej wyobraźni obu wąsaczy, po których trudno jest poznać kiedy grają dla zgrywy, a kiedy na poważnie. Być może oba te obszary są u Yello nie do odróżnienia, podobnie jak u Sparks; to ucieczka w kreatywne wariactwo, szalony sen na jawie, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Oczywiście wszystko pozostaje pod kontrolą; nie mówimy tu o awangardzie, czy sztuce dla sztuki. Dieter Maier jest artystą, ale też biznesmenem. Ale tym lepiej dla słuchaczy, gdyż dzięki temu obcujemy z dziełem przemyślanym, a nie pijackim powidokiem kogoś z przerostem ambicji, ale niedoborem talentu.

Jak każdy album Yello, tak i „Toy” jest zagadką. Trudno jest przeniknąć jego znaczenie i ukryty sens, zakładając, że taki w ogóle istnieje. To bardzo żywa płyta, ze wstępem i kodą, nasączona elementami electro i house, ale też z bardziej nastrojowymi, relaksującymi momentami. Ma w sobie coś ze snu, czegoś co zmienia barwy i wątki minuta po minucie. Nie jest trudno zagubić się w tym albumie, zapomnieć czego lub kogo właściwie słuchamy, aby po chwili ocknąć się pod naporem tego „cohenowskiego” głosu Dietera Maiera. To nie jest album taneczny, jak wielu lubi osądzać cokolwiek, co korzysta z sampli i elektronicznych rytmów. To artyzm i koncepcja, idea oraz wyraz – mamy stawić mu czoła z otwartymi uszami, duszą, ale i poczuciem humoru. To zabawa.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load