Recenzje

2017-01-24
Blackfield - "V"
Aviv Geffen i Steven Wilson, czyli siła sprawcza projektu Blackfield, ponownie spotkali się w studiu, aby po tradycyjnym odstępie trzech lat wydać nową, wspólną płytę.
Wykonawca: Blackfield
Wytwórnia: Kscope / Rockserwis
Rok wydania: 2017

Łącząc czas pomiędzy Tel-Awiwem, Londynem a Los Angeles, stworzyli krążek, który zaskakuje już samym swoim zaistnieniem. Wydawało się, że po umiarkowanie optymistycznej „czwórce” Blackfield skończy na strychu, głównie przez brak czasu Wilsona (solowe płyty, światowa trasa, niekończąca się praca remasteringowa). Tymczasem to Geffen od tamtej pory mozolnie strugał nowe piosenki, czym niewątpliwie zmotywował Wilsona do działania. Przy wsparciu legendy konsolety – Alana Parsonsa, oraz po opóźnieniach wydawniczych – oto jest, „piątka”. Co przynosi, oprócz znajomo wyglądającej okładki?

Tak, ten stary słoik farmaceutyczny widzieliśmy już na froncie ich debiutanckiej płyty. Lasse Hoile, nadworny grafik Wilsona, zdaje się dawać tym samym do zrozumienia, że Blackfield wraca do swoich pierwotnych założeń – idei, która w natłoku pracy miała prawo ulec zakłóceniom. Krążek otwiera sekcja smyczkowa, przywołująca skojarzenia z napisami początkowymi starego kina. Ale już po chwili do akcji przechodzą gitary, perkusja, oraz rockowe klawisze i rzecz staje się jasna. To hołd tradycyjnym piosenkom, które na jakże krótkiej przestrzeni trzech minut usiłują zatrzymać czas. Tu nie ma Porcupine Tree, ani koncepcyjnych progresywnych wizji; tu panuje dyscyplina, sztywny schemat trzech zwrotek i trzech refrenów, oraz drenaż mózgów, aby brzmiało to interesująco.

„Blackfield V” jest płytą niezwykle melodyjną, łagodną, różnorodną, a przy tym wciągającą, przebojową i co najważniejsze – ekscytującą. Można jej słuchać na okrągło, ale od samego początku wyraźnie przebija się kilka kawałków oraz pewna ich wspólna koncepcja. Tak jak zapowiedział słoik z okładki – Wilson i Geffen śpiewają i grają po równo, być może nawet ze wskazaniem na Wilsona. Słuchacz bez trudu dostrzeże tendencje obu muzyków do podkreślania swoich indywidualności. „Family Man” oraz „How Was Your Ride?”, śpiewane przez Wilsona, mogłyby bez trudu wskoczyć na płytę Porcupine Tree. Z kolei „Sorrys” i „We’ll Never Be Apart” Geffena to bardziej amerykańskie, południowe brzmienie, kojarzące się z chociażby z Dave’m Matthewsem lub Hootie & The Blowfish.

Na przekór temu wszystkiemu wychodzą jednak i słabsze momenty płyty. Mam tu na myśli przede wszystkim „October”, egzaltowaną „musicalową” balladę, która przekracza granicę dobrego smaku. A poprzedzające je „Lately” to numer jakby stworzony dla Bon Jovi czy Briana Adamsa, czyli zupełny pop. Ale za to pod sam koniec następują dwa najlepsze kawałki na płycie – zupełnie odmienny, wręcz nowatorkski „Lonely Soul”, oraz melancholijne, samotnicze „From 44 to 48”. Idealny koniec, po którym od razu chce się puścić to wszystko od nowa i chłonąć smaczki i szczegóły. „Blackfield V”, przy całej swojej pop-rockowości, kryje wystarczająco dużo przypraw, aby zapamiętać je na dłużej.  I na tym najwyraźniej nie koniec, chociaż życzę im na przyszłość zaprzestania numerowania płyt. 

Album można już zamawiać TUTAJ

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load