Recenzje

2016-10-10
The Wedding Present - "Going, Going"
Zaskakujący album od zespołu, który od zawsze lubił zaskakiwać. The Wedding Present to historia stawania okoniem i grania pokręconego post-punk-rock’n’rolla na przekór wszystkim i wszystkiemu.
Wykonawca: The Wedding Present
Wytwórnia: Scopitones
Rok wydania: 2016

Powstali w latach 80., w Leeds, ale ich brzmienie nigdy nie wpisywało się w inwazję z północy Anglii. Podobnie jak The Jam, The Fall czy Wire, The Wedding Present cieszą się statusem zespołu-inspiracji, grającego dla siebie samych; a właściwie, dla jednego człowieka – lidera tej menażerii, Davida Gedge. Jego wizja to mieszanina rozbebeszonej gitary z intelektualną zadumą w stylu Thurstona Moore, oraz piosenkami pełnymi cudownych zagadek, jakich nie powstydziłby się Morrissey. I po raz kolejny ta wizja przynosi na świat album brzmiący zupełnie inaczej niż poprzedni.

„Going, Going” otwiera się czterema kompozycjami, które wydają się zwiastować zupełnie inną płytę, niż moglibyśmy się spodziewać po The Wedding Present. Każda z nich brzmi jak napisy początkowe z zupełnie innego filmu, pełne różnej maści odgłosów poukładanych we wzorzyste papeterie. W ich trakcie nawet mentalnie przygotowany słuchacz może zacząć zadawać sobie pytanie, czy na pewno trafił na właściwy album? Odpowiedź przychodzi wraz z „Two Bridges”, kiedy opada prowokacyjna kurtyna, a rozpoczyna się oczekiwane szarpanie drutów, przeszyte atłasowym wokalem. A przy następującym za parę chwil „Bear”, cudownie alternatywnym hymnie, jesteśmy już w domu, chociaż nadal nie ma pewności w jaki sposób odnaleźliśmy do niego drogę.

Na swojej nowej płycie The Wedding Present brzmią bardzo amerykańsko, zupełnie jak Dinosaur Jr lub Pixies. Bardziej alternatywnie niż punkowo sensu stricte, chociaż będąc zupełnie szczerym – cała ich muzyka to jeden wielki środkowy palec. Jako całość „Going, Going” wypada niezwykle bogato i wielowymiarowo. Obok pseudo-przebojów dla nikogo znajdziemy tu urzekające melancholią ballady, numery szalone i szybkie jak Ramones, oraz kompletne eksperymenty z głosem i dźwiękiem. Żadna z piosenek nie jest warsztatową prościzną, oferując szybkie zmiany tempa, sample czy miło bolesny przester gitary. A w finale czeka nas najlepsze – „Santa Monica” – 10-minutowa drzemka w post-rockowym stylu, wraz z przelotem nad znanymi tylko słuchaczowi krainami.

Im dłużej słucham tego wcale nie łatwego albumu, zdaję sobie sprawę jak bardzo mi on się podoba. To aż 20 kompozycji, z których każda atakuje innym rytmem (lub jego brakiem), innymi barwami i zupełnie odmienną temperaturą. Płyta pozostaje przez to niezwykle ciekawa, zróżnicowana, i wbrew pozorom dopracowana w szczegółach. Słuchanie jej jest wieloetapową rozrywką, której chcąc nie chcąc trzeba dać kilka szans, zanim ostatecznie odpali i należycie zauroczy. Pod płaszczykiem prostoty kryje się tu złożone dzieło, nad którym trzeba nie tylko skakać, ale przede wszystkim pogłówkować. Myślę, że może to być najbardziej przemyślana i spójna płyta The Wedding Present z jaką mieliśmy do tej pory do czynienia. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load