Newsy muzyczne



Recenzja: Anathema - The Optimist
"„The Optimist” łączy energię z koncepcyjnością. Tu nie ma przegłówkowanych, awangardowych wyziewów kreatywności; jest za to mistrzowski warsztat kompozycji, błyskotliwość zespołu grającego ramię w ramię, wachlarz pomysłów przekładanych na logiczną całość oraz wiraże nastrojów i tempa" - tak pisze Jakub Oślak o nowej płycie Anathemy.

Anathema należy do najszczodrzej obdarzających nową muzyką grup rockowych, co w zestawieniu z częstym koncertowaniem na całym świecie nie daje ich wielbicielom powodów do narzekania. Co ciekawe, w przypadku Anathemy, ilość idzie w parze z jakością. Oczywiście, spośród wydawanych jak w zegarku płyt można wyróżnić te bardziej i mniej istotne; jednakże, za każdym razem ich album to przygoda. Jak cała twórcza droga Anathemy, od ciężkich mroków przez egzaltowane gotyki aż po teraźniejszą mieszaninę alternatywy i proga, tak każda płyta przynosi coś nowego i zaskakującego. Nie inaczej jest z „The Optimist”, przewrotnie zatytułowaną opowieścią o kimś, kogo trawią demony, depresja i głód odejścia. To nieformalna kontynuacja tematów podjętych kilkanaście lat temu na „A Fine Day To Exit”, chociaż błędem będzie spoglądanie na „The Optimist” jako rodzaj sequela.

Według Vincenta Cavannah, „The Optimist” to katalizator słabości, lęków i obsesji autorów płyty. Często pierwszym krokiem do zwalczenia bólu i strachu jest przyznanie się na głos, że boli, że się lękamy. To początek oczyszczenia z demonicznych skaz, jakie nosi aboslutnie każda ludzka psychika, świadomie lub nie. „The Optimist” jest przeto płytą podniosłą i pesymistyczną, usiłującą w ogniu piękna zdusić licho w zarodku. To rzecz, jaka najlepiej przyjmuje się w stanie przygnębienia, automatycznie porywając słuchacza do szalonej ucieczki od zła. Od samego początku ta płyta zaskakuje – duże nasycenie elektroniką, skoki między patosem a intymnością, dialogi wokali Vincenta i Lee Douglas. Szum wody nocą, zimna plaża w ciemnościach, radio zwiastuje potężną burzę. Trzeba ratować się ucieczką, za kierownicą auta mknącego na oślep, tam gdzie nic nas nie dopadnie.

„The Optimist” łączy energię z koncepcyjnością. Tu nie ma przegłówkowanych, awangardowych wyziewów kreatywności; jest za to mistrzowski warsztat kompozycji, błyskotliwość zespołu grającego ramię w ramię, wachlarz pomysłów przekładanych na logiczną całość oraz wiraże nastrojów i tempa. W zgromadzonym tu materiale słychać zarówno korzenie Anathemy, ich status quo, jak i mgliste wizje przyszłości. Część tego materiału była już zresztą prezentowana na żywo w ubiegłych latach, w surowszych formach, co jest domeną zespołów poszukujących i dbających o kreatywną marszrutę. Co najważniejsze, „The Optimist” będąc „kolejną” płytą Anathemy, jest niezwykle wciągająca i za każdym razem daje poczucie dużej satysfakcji. Jej koncepcyjność nie oznacza nadęcia i pretensjonalności; każda piosenka, udana i natchniona, zasługuje na uwagę, bez oglądania się na jej kontekst w albumie. 

Podoba mi się śmiałość i podniesione czoła muzyków Anathemy przy prezentowaniu nowych kompozycji. To słychać, gdy muzycy są zadowoleni ze swojego dzieła i aż kipią, aby nagrać je właściwie i pokazać światu. „The Optimist” było zgodnie z wolą producenta nagrywane przez zespół w jednym pokoju studyjnym, niejako na żywo, co jest praktykowane coraz rzadziej nawet w rocku. Tym większe brawa dla całego zgromadzenia, jako że wyszła im płyta porywająca, zajmująca, smutna lecz elektryzująca, taka do której chcemy wracać i przeżywać po wielokroć. To nie jest proste granie – dużo w nim ozdobników, zmian tempa i nastroju, skoków pomiędzy rockową nawałnicą a elektronicznym impresjonizmem. Mimo to, „The Optimist” słucha się jednym tchem i ciężko jest się nim zmęczyć. Anathema zawsze czegoś szuka i zawsze coś znajduje. Kroczmy razem z nimi, bo warto. 


Autor: Jakub Oślak

Pokrewne wątki: