Newsy muzyczne

Relacja: Marillion Weekend w Łodzi

Nasz wysłannik Jakub Oślak uczestniczył w wyjątkowym wydarzeniu jakim była pierwsza polska edycja Marillion Weekend, która odbyła się w łódzkim klubie Wytwórnia.

Stało się. Tyle czekania, tyle marzeń i oczekiwań. Szast-prast, minęło tak szybko jak zwykle mija dobrze spędzany czas, szczególnie w weekend. Festivals end as festivals must. Lecz ten, komu udało się w trakcie tych upojnych trzech dni zatrzymać czas na te kilka godzin, ten wie i będzie pamiętać. Pierwszy w historii Marillion Weekend w Polsce z długo oczekiwanego faktu stał się historią oraz kalejdoskopem wspomnień wszystkich zebranych w Łodzi fanów z całego świata. Wśród gości Weekendu spotkałem Anglików, Niemców, Holendrów, Francuzów, a nawet Brazylijczyków. Geograficzna lista obecności skrzętnie zebrana przez przedstawicieli fan-klubu The Web jest znacznie dłuższa. Samych Web’owców zresztą było co niemiara, praktycznie „zarządzali” całą operacją, obok pracowników niezrównanego Rock-serwisu. Wspominam o tym nie bez powodu, jako że za pierwszą weekendową wizytą Marillionu w Polsce, w roku 2017, kryje się pewna dosyć oczywista symbolika.

Oto bowiem mija 30 lat od pierwszej wizyty Marillion w Polsce w ogóle, jeszcze z Fishem, o czym przypomina wspaniały box „Marillion – The Iron Curtain 1987”. Zawiera reprodukcje pamiątek, biletów, wycinków prasowych, fotografii, oraz spisane wspomnienia uczestników wydarzeń. Przaśny pomarańczowy plakat ogłaszający występ w Gdańsku w 1987 mocno kontrastuje z biało-czerwoną opaską 30 lat później, jaką wciąż mam na nadgarstku. Czasy od tamtej pory zmieniły się nie do poznania, starych fanów ubyło ale przybyło nowych, a sam zespół pozostał równie elektryzujący. Wtedy przybywali jako gwiazdorzy z kosmosu świata zachodniego, niczym emisariusze wolności i beztroski. Dziś są w oczach i uszach polskich fanów równie klasyczni co Deep Purple czy Pink Floyd. Na chwilę obecną zagrali w Polsce 36 koncertów (wliczając Weekend) i na pewno na tym nie koniec. Zanim jednak rozwiniemy nowe marzenia, prześledźmy te, które stały się ciałem w te dni, w Łodzi.

1.

Pierwszy dzień to zaspokojenie największego głodu. Nie miało wtedy znaczenia dla kogokolwiek co zagrają – ważne aby grali. W swoim bogatym secie Marillion poruszył aż 9 albumów, stricte tych nagranych ze Stevem Hogarthem. Ten szeroko uśmiechnięty dżentelmen boryka się wciąż z trudnym zadaniem bycia frontmanem zespołu powszechnie kojarzonego z Fishem. To absurd, niedługo bowiem minie 30 lat od kiedy Hogarth śpiewa w Marillion, a my wciąż wspominamy Fisha. Panowie są od siebie różni, chociaż obaj na scenie to żywioły. Fish odprawiał rytuały, zresztą czyni to do dziś; Hogarth zaś to kuglarz, wampir, minstrel i nadworny aktor. Potrafi rozbawić publiczność, ale i cisnąć w nią gromy. Porywa do tańca, ale wyciska też łzy. Przebiera się w trakcie koncertu w różne płaszcze, mundury, czarno-białe koszule, a nawet coś w rodzaju togi. Gra na ślicznym, lukrowanym Rickenbakerze, syntezatorze, dulcymerze, a nawet kiju do krykieta. Jest wszędzie i zaraża energią.

Oczywiście scena nie należała tylko do niego. Ian Mosley, Pete Trewavas, Mark Kelly, a nade wszystko Steve Rothery są razem od tylu lat i obserwując ich na scenie można zrozumieć czemu. Łączy ich wieloletnia przyjaźń i moc wspólnych przeżyć, ale przede wszystkim doskonałe zgranie. Skomplikowane przecież kompozycje Marillionu brzmią w ich wykonaniu tak łatwo i przyjemnie jak radiowe przeboje. Na szczególne wyróżnienie zasługują Kelly i Rothery, jako że to ich gra stanowi wciąż ten znak rozpoznawczy Marillionu – intymny patos, łzy szczęścia i rozpaczy, oczyszczenie i sen. Gitara Rothery’ego śpiewa jak śpiewała od zawsze, zarówno elektryczna („The Only Unforgivable Thing”), jak i akustyczna („The Answering Machine”). Doskonale wypadły przebojowe „You’re Gone” oraz „One Fine Day”, jak i frapujące „Beyond You” oraz dramatyczne „A Few Words for the Dead”. Znalazło się też miejsce na krótki set akustyczny. Zespół upajał i sam był w upojonym nastroju.

2.

Let’s go back to the world that was 30 years ago and let’s believe this is our time. Ten piękny refren od zespołu Riverside idealnie opisuje dzień drugi Weekendu. Cofnęliśmy się do roku 1987, aby uświetnić urodziny albumu „Clutching at Straws”. Pierwsze dwa utwory, znane na pamięć. „Hotel Hobbies”, „Warm Wet Circles”... Widzowie jak naelektryzowani klaszczą, śpiewają, skaczą, unoszą ręce. Niestety, wiele z tych rąk trzyma ustawione na nagrywanie smartfony, pomimo próśb organizatorów o poszanowanie widzów stojących dalej. Jednak do wielu to wciąż nie dociera, albo sądzi, że to nie dotyczy ich, tylko innych ludzi – podobnie jak gwałty, powodzie czy zawały serca. Już nie raz cyborgi z wydrenowanymi zmysłami zepsuły mi koncert, prowadząc działalność operatorsko-reżyserską. Ale nie tym razem, gdy grają album za którym szaleję. So if you ask me how do I feel inside... Po krótkiej przepychance i wiązance polszczyzny, mój widok oraz gniew zostały oczyszczone.

Steve Hogarth doskonale włada piosenkami, których nie jest autorem. Publiczność to bardzo docenia i gotuje się do wspólnego śpiewania, chociażby „Incommunicado”, czy „Market Square Heroes” na koniec. Zespół pominął kilka numerów, chociażby arcysmutne „Going Under” lub wyborne „The Last Straw”, które idealnie pasowałyby do atmosfery wieczoru. Ale za to zabrzmiało „Slàinte Mhath” i wiele łez uderzyło wtedy o rozgrzaną podłogę. Ich właścicielem był niewysoki irlandczyk stojący obok mnie, bardzo wyraźnie identyfikujący się z alkoholowym przesłaniem tej piosenki i całej płyty. Zrobiło mi się go szkoda, ale wiem dobrze, że są to łzy chwilowego szczęścia, które oczyszcza przewlekły ból. Zresztą za chwilę Marillion cisnął rozgrzanym sztyletem i w moje serce, grając „Sugar Mice”. Więcej nie było mi trzeba – to są właśnie te niezapomniane chwile, gdy zespół transmituje czyste emocje, a natchniona nimi publiczność oddaje im je ze zdwojoną mocą. Oto cała istota muzyki na żywo.

W drugiej części wieczoru usłyszeliśmy zagrane w całości „F.E.A.R.”. Marillion są dumni z ich nowej płyty i nie wstydzą się okazywać tego publiczności. Teatralność Hogartha, patos Kelly’ego, płacz gitary Rothery’ego, oraz ponura, entropijna sekcja rytmiczna. Ta płyta jeszcze wielokrotnie będzie powracać w mojej głowie – jest po prostu zbyt bogata i złożona, aby usłyszeć ją za jednym zamachem. Doskonale wypadło „Living In Fear” oraz „White Paper”, a przede wszystkim suita „The Leavers”. Każda z piosenek opatrzona była projekcją filmową oraz soczystymi, przenikliwymi światłami. Radość zespołu z grania na scenie jest ewidentna. Magia chwili, magia publiczności. Uśmiechom i ukłonom Rothery’ego nie było końca, a Hogarth dowodził całą ceremonią, przepojony aplauzem i miłością. Doprawdy, dla takich właśnie momentów ludzie zostają poddanymi muzyki, zarówno jako artyści, jak i fani, słuchacze, audiofile, pasjonaci, kolekcjonerzy, itd. Druga noc była najlepszą z całego Weekendu.

3.

Trzeci wieczór upłyną pod znakiem zapowiedzianego wykonania albumu „marillion.com” w całości. To bardzo ciekawy wybór, jako że zgromadzony na tej płycie materiał należy do najrzadziej wykonywanych na żywo. Jest to płyta o bardzo zmienniej temperaturze – otwiera się wesoło, przebojowo, wręcz popowo – kończy zaś spleenem, smutkiem, depresją, samotniczą ciszą. Utwór „House” który wieńczy płytę to mistrzostwo świata – nastrojowa, przenikliwa ballada, niczym napisy końcowe do filmu. I w takim nastroju pozostaliśmy do końca trzeciego koncertu. Marillion rozpoczął wtedy bombardowanie smutkiem – usłyszeliśmy kolejno „Splintering Heart”, „King”, „Berlin” oraz w całej swojej rozciągłości „This Strange Engine”. Poddałem się temu nastrojowi. To taka spleenowa niedziela, kiedy pozorny spokój skrywa tremę i niechęć przed kolejnym wyzwaniem poniedziałku. Nie chciałem opuszczać Wytwórni. Inni też nie chcieli. A przecież do zagrania było jeszcze tyle piosenek.

Wieczór zakończyły „Real Tears for Sale” oraz fragment suity „The Leavers” (jedyna powtórka podczas całego Weekendu). Ten ostatni utwór był pisany z myślą o emigrantach, ale teraz zabrzmiał jak dedykacja dla tułaczy, którzy podróżują za muzyką. Członkowie Marillion kłaniali się w pas, a publiczność chciała więcej. Nie zagrali „Neverland” ani „Ocean Cloud”. Nie zagrali „Under the Sun” na co liczyłem, ani „No One Can”, chociaż to przebój. Pominięto większość klasyków z czasu Fisha, chociaż do tego akurat fani zespołu są przyzwyczajeni. Fakt faktem, Marillion materiału ma na drugi taki weekend – pytanie jak ze zdrowiem i wydolnością. W sercu miałem koktajl szczęścia i smutku, a w drodze do hotelu dobiłem się pierwszą połówką „Misplaced Childhood”. To były wielkie trzy dni dla polskich fanów Marillion. Dopełnił się pewien 30-letni cykl. I, podkreślam, na tym na pewno nie koniec. Nie zdziwię się, a wręcz gorąco sobie tego życzę, aby taki weekend za kilka lat powtórzyć. 

Autor: Jakub Oślak
Foto: Rafał Klęk

Pokrewne wątki:

"T.Cover" od wczoraj w sprzedaży

2018-11-17

Bednarek & 5 Element oraz Pola Rise promują "T.Cover".

Czytaj więcej...

Nowy singel Frontside

2018-11-17

Zespół Frontside prezentuje nowy teledysk promujący wydany we wrześniu album "Zmartwychwstanie".

Czytaj więcej...

Sofi Tukker po raz pierwszy w Polsce

2018-11-16

Nowojorski duet Sofi Tukker zagra 25 marca w warszawskiej Proximie.

Czytaj więcej...

Shining na dwóch koncertach w Polsce

2018-11-16

Norweska grupa Shining zagra w lutym dwa koncerty w Warszawie i Wrocławiu.

Czytaj więcej...

Noibla z teledyskiem do "Atlantis"

2018-11-16

Klip do utworu "Atlantis" promuje album "Hesitation" krakowskiej formacji Noibla.

Czytaj więcej...

Zobacz debiutancki klip białostockiego White Noise

2018-11-16

"i Find Myself" to tytuł nowego singla białostockiej formacji White Noise.

Czytaj więcej...

Madrugada wystąpi w Warszawie

2018-11-15

20 marca w warszawskim klubie Niebo wystąpi ceniona norweska grupa Madrugada w oryginalnym składzie.

Czytaj więcej...

Dance with the Dead powróci do Warszawy

2018-11-15

Po prawie rocznej przerwie od ostatniego koncertu w Polsce jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie synthwave’u, czyli Dance With The Dead wróci do Warszawy.

Czytaj więcej...

dEUS zagra w Gdańsku

2018-11-15

Jedna z największych gwiazd belgijskiej sceny alternatywnej wystąpi 2 maja w gdańskim B90.

Czytaj więcej...

Muchy pełne "Miłości"

2018-11-14

Miłość” to pierwszy singiel zapowiadający nową płytę Much, nad którą zespół pracuje w pierwotnym składzie: Michał Wiraszko, Piotr Maciejewski, Szymon Waliszewski i Stefan Czerwiński (dołączył do zespołu w 2013).

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania