Newsy muzyczne

Relacja: Summer Fog Festival w Warszawie

27 lipca w warszawskiej hali Torwar odbyła się pierwsza edycja Summer Fog Festival, której gwiazdą był ex-perkusista grupy Pink Floyd - Nick Mason. Oto nasza relacja z tej imprezy.

Pierwsza edycja Summer Fog Festival za nami. Pisząc „pierwsza” wyrażam nadzieję – myślę, że większości tam obecnych – że nie ostatnia. Rock progresywny we wszystkich swoich obliczach ma się w naszym kraju bardzo dobrze; cieszy mnie też, że obok bardziej metalowego Prog in Park jest w Warszawie wystarczająco dużo miejsca na drugi przegląd bardziej klasycznie progowych zespołów. Fani tego grania, a jest to w większości podobny zestaw na każdym wydarzeniu tego gatunku, dysponują całą litanią zespołów na kolejne edycje, ale nie teraz na to pora; to co najważniejsze – da się do Polski sprowadzić gwiazdę, która pojawia się u nas po raz pierwszy, a nie tylko formacje sprawdzone, których waga gatunkowa jest zrozumiała jedynie przez znawców. Mam na myśli to, że nie musieliśmy jechać do Niemiec, Czech, Anglii czy gdzieś dalej, aby spotkać rewelację sezonu. Ta gwiazda objawiła się po raz pierwszy wszystkim zainteresowanym po równo; i nawet jeśli na potrzebę ściągnięcia jej do Warszawy należało wymyślić nowy, wspaniały festiwal – było to warte zachodu.

Mówiąc o gwieździe mam rzecz jasna na myśli Nicka Masona i jego latający Spodek Tajemnic, który lądując na Torwarze przeniósł nas wszystkich do Londynu lat 60., wprost pod drzwi klubu U.F.O. Tam 50 lat temu czworo wykształciuchów w pstrokatych koszulach rozpuszczało w powietrzu muzykę nowej generacji: o wolnych umysłach, miłości do siebie i bliźnich, z zapasem kwasu w kieszeniach. Przez 45 minut swojego występu zagrali dwa utwory, przenosząc świeżo oswobodzone umysły i dusze na peryferia galaktyki; gdzieś, gdzie między planetami o imionach bogów lewitują syjamskie koty, ludziki z piernika w koszyku rowerowym, strach na wróble i majtki skrzadzione ze sznura. Wyobraźnia Floydów niewinnością i rozmachem przypominała opowieści Lewisa Carrolla, a wymykająca się spod kontroli muzyka ustawiła na lata standardy, jakie będą obowiązywać w rocku psychodelicznym, a później jego progresywnych gałęziach. I tak oto, po 50 latach od startu, z wnętrza spodka wydobyło się to samo brzmienie, niesione z uśmiechem przez jedyną osobę, która mogła tego dokonać.

„Nikogo z nas by tu dziś nie było, gdyby nie Syd Barrett”, słusznie zauważył Nick Mason. Syda i Ricka Wrighta już z nami nie ma; de facto, dzień po festiwalu przypadał na rocznicę urodzin tego drugiego. Rogera Watersa takie rzeczy już nie interesują, chociaż dołączył na jedną piosenkę w Nowym Jorku. Któż zatem, jak nie ten, który nigdy gwiazdą nie był, który nie pisał tych numerów, kto posłusznie odmierzał międzygwiezdny puls, miałby dziś nieść ową kosmiczną pieśń? Ten koncert, ta trasa i cały ten projekt, był tak samo spełnionym marzeniem Nicka Masona, jak i nas, jego widzów. Kto może stwierdzić, że słyszał na żywo „Lucifer Sam” albo „Remember a Day”? Pewnie jest ich już coraz mniej; samych Floydów też ubywa. Mason zrobił zatem coś niebywałego – dał ludziom z innego czasu radość muzyki sprzed 50 lat, którą do tej pory mogli przeżywać na koncercie jedynie w swoich głowach. Tym starszym szkliły się oczy, gdy słyszeli dźwięki i czuli klimat swojej młodości; dla tych młodszych była to podróż równie nieodgadniona, co lot Sokołem Millennium szlakiem na Kessel w 12 parseków.

Przed Nickiem usłyszeliśmy cztery formacje, o zupełnie odrębnych dynamikach, osobowościach i średniej wieku muzyków. Na pierwszy ogień poszedł nasz rodzimy Amarok i aż żal bierze, że dostali tylko 40 minut na swoje malownicze pejzaże – cały festiwal przebiegał z zegarkiem w ręku. Po nich – Soft Machine, legenda sama w sobie, chociaż w składzie zupełnie innym niż ten, który stawał ramię w ramię z Floydami we wspomnianym klubie U.F.O. zimą 1967. Ich jazzowe oblicze z Theo Travisem na froncie zostało przyjęte owacyjnie, ale wypadłoby lepiej w bardziej przytulnym miejscu niż Torwar. Po nich kolejna ekipa z Polski – Believe, grająca z wrażliwością Fisha, ale i melodramatyzmem gabrielowskiego Genesis (w komplecie z płonącą różą i parasolem pełnym płatków kwiatów). I wreszcie The David Cross Band, ekipa byłego skrzypka King Crimson, z obowiązkowym ale porywającym „Starless” na koniec. Gdy Cross zagrał na skrzypcach tą łkającą melodię, jaką zwykle Robert Fripp gra na gitarze, radość i wzruszenie skruszyła serca najtwardszych sceptyków.

Nickowi Masonowi na żywo towarzyszy niebagatelna drużyna: na basie i głosie Guy Pratt, który od 30 lat czuje się szóstym Floydem, na gitarze i drugim głosie – to największa niespodzianka – Gary Kemp, twórca Spandau Ballet, wyżyłowany noworomantyczny adonis, sceniczne zwierzę i profesjonalista – brawurowo wykonujący na żywo muzykę o jaką go do tej pory niewielu posądzało. Na drugiej gitarze pomysłodawca całości – Lee Harris, oraz na wszystkim co ma klawisze – Dom Beken. Muzyka wczesnych Floydów w ich wykonaniu zabrzmiała tak, jakby od czasu Meddle nie zostało nagrane nic innego. Tak jakby „One of These Days” było ich największym hitem. W tym samym roku, gdy The Australian Pink Floyd gra w Dolinie Charlotty – na festiwalu Legendy Rocka! – prawdziwa legenda rocka gra na początkującym festiwalu na warszawskim Powiślu, w ewidentnie nie wypełnionej po brzegi hali. Paradoks? Przypadek? Taki mamy klimat? Grunt, że ci co tu byli długo tego nie zapomną, a jeśli trzymać za słowo komandora Masona, to ten latający talerz jeszcze raz przyleci. Życzmy mu zdrowia!

Na repertuar wieczoru nikt nie mógł narzekać. Jak tu narzekać, gdy słyszymy lwią część „Atom Heart Mother”, przełożoną z obu stron zwrotkami „If”? Obecności Arnolda, Emily i Lucyfera mogliśmy się domyślić bez podglądania setlisty, podobnie jak otwarcia mocnym riffem „Interstellar Overdrive”, który swobodnie przeszedł w sygnały dnia w kosmosie i głos astronauty z „Astronomy Domine”. Kto liczył na bardziej wyrafinowane kąski z Obscured by Clouds i More też się nie zawiódł; ale kto był gotowy na „Vegetable Man” niech pierwszy rzuci kamień. Podróż przez kosmos trwała w najlepsze, gdy wylądowaliśmy w Mildenhall na „Let There Be More Light”, ale niedługo potem usłyszeliśmy „Set the Controls For the Heart of the Sun” – wtedy i dziś, gwóźdź programu. Tajemnicza, poetycka, rytualna pielgrzymka przez umysł, pustynię, kosmos i duszę, w trakcie której można wszystko. To samo, co zresztą na tytułowym „A Saucerful of Secrets” na bis, awangardowym popisie wszystkich muzyków, z tym niesamowitym finiszem na organach. Duch Ricka Wrighta też był z nami tej nocy.

To był szalony wieczór, we wszystkich barwach psychotropowej tęczy, przy biciu gongu, majestacie organów, wrzasku gitarowego feedbacku i awangardowej liryce. To nie była ani podróż sentymentalna, ani kolejny cover band Floydów – tylko ożywienie tego głosu tej legendarnej formacji, który wielu ekspertów uważa za ich prawdziwy i najlepszy. W czasach gdy wszystko wraca, w tym także rock psychodeliczny, możliwość obcowania z jednym ze źródeł tego brzmienia to nie tylko zaszczyt, ale po prostu ogromna przyjemność. Można dyskutować czy była to wizyta w muzeum bądź galerii sztuki, gdzie wszystkie eksponaty wiszą na swoich stałych miejscach; jeśli tak – to czemu członkowie widowni byli bliscy rękoczynów, gdy Nick Mason rzucił do nich swoje pałki perkusyjne? Jak bardzo ten koncert był potrzebny niech świadczą wypieki na twarzach, przepocone koszulki Pink Floyd, emocje żywych wspomnień i zwyczajna ludzka frajda, po jaką tu się przychodzi. Już czekam kiedy Nick Mason przyjedzie znowu i kto zagra za rok na Summer Fog – bo przecież zagra, prawda?

Autor: Jakub Oślak

Pokrewne wątki:

Mitch & Mitch odda hołd twórczości Ennio Morricone

2022-07-01

4 lipca ukaże się singel „Metti una sera a cena” Mitch & Mitch con il loro Gruppo Etereofonico.

Czytaj więcej...

Kształt czaszki Małgoli, No

2022-07-01

Małgola, No zapowiada swój pierwszy polskojęzyczny album. 29 czerwca ukazał się drugi - po świetnie przyjętym "Graniu na Czas" - promujący go singiel zatytułowany "Kształt Czaszki".

Czytaj więcej...

Anowa zaprasza na hamak

2022-07-01

Ukazał się nowy singel krakowskiej wokalistki Anowej zatytułowany "Hamak". To kolejna piosenka, która znajdzie się na planowanym na jesień debiutanckim albumie artystki.

Czytaj więcej...

Sarha Crewe wylądowała na Marsie

2022-06-30

"Na Marsie" to nowy singel wokalistki, skrzypaczki i autorki piosenek Sarhy Crewe.

Czytaj więcej...

Ygor Przebindowski oddał hołd Mironowi Białoszewskiemu

2022-06-30

ukazała się czwarta autorska płyta znakomitego muzyka i kompozytora, Ygora Przebindowskiego. „Powidoki / Portrety – Miron Białoszewski” to projekt muzyczny poświęcony temu wybitnemu polskiemu poecie i pisarzowi w setną rocznicę jego urodzin.

Czytaj więcej...

Asia Nawojska przedstawia nowy singel 'Ja Rzeka'

2022-06-30

„Ja Rzeka” to najnowszy utwór Asi Nawojskiej. Artystka nie tylko napisała muzykę i tekst, ale odpowiada także za reżyserię teledysku towarzyszącego piosence.

Czytaj więcej...

ARS LATRANS Orchestra o poszukiwaniu miłości

2022-06-29

"Sorry, wyszłam już" to nowy singel promujący nadchodzącą drugą płytę projektu Ars Latrans. Jest to utwór opowiadający o nieustannych poszukiwaniach utraconej miłości, która niespodziewanie zniknęła.

Czytaj więcej...

Ugorna przedstawia swoją 'Nową Herstorię'

2022-06-29

UGORNA prezentuje swój debiutancki album pt. Nowa herstoria - opowieść o kobiecości, która jest drogą do prawdy o samej sobie. Premiera odbędzie się w najbliższy piątek.

Czytaj więcej...

Ostateczny skład katowickiego OFF Festival 2022

2022-06-29

OFF Festival Katowice 2022 odbędzie się w dniach 5-7 sierpnia, tradycyjnie w Dolinie Trzech Stawów.

Czytaj więcej...

Bezkompromisowe ogłoszenie tegorocznej edycji Soundedit Festival

2022-06-28

Międzynarodowy Festiwal Producentów Muzycznych Soundedit tym razem odbędzie się w listopadzie. Pierwsze festiwalowe ogłoszenie to zestaw zespołów, dla których zwrot „muzyczny kompromis” znaczy tyle co nic. 4 listopada (piątek) w Klubie Wytwórnia pojawi się Dezerter. Obok polskiej grupy wystąpią anarchiści z Wielkiej Brytanii: Bad Breeding, Interrobang?!, Test Department. Do nich dołączą krajowi postpunkowcy: Hańba! i Zespół Sztylety.

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania