Recenzje

2017-10-21
Primus - "The Desaturating Seven"
"To album zdyscyplinowany jak King Crimson, ale bajkowy jak Jethro Tull. Jest niełatwy w odbiorze, pogmatwany i wymagający od słuchacza" - oznajmia nasz recenzent Jakub Oślak po przesłuchaniu nowego dzieła grupy Primus.
Wykonawca: Primus
Wytwórnia: ATO / PIAS Poland
Rok wydania: 2017

Muzyka potrzebuje świrów. Szalonych geniuszy i obłąkanych wizjonierów. Muzyka potrzebuje takich postaci jak Arthur Brown, Frank Zappa, Daevid Allen, Sun Ra, Bill Drummond, czy Mike Patton. Muzyka potrzebuje także Lesa Claypoola, który swego czasu umieścił album z muzyką awangardową na szczycie listy przebojów. Kogoś, kto pozornie ma nie po kolei w głowie, a jednocześnie jest mistrzem swojego instrumentu i dyscypliny zespołowej. Jego tercet egzotyczny Primus przynosi nam kolejny owoc pracy w małpim gaju w postaci krótkiego, acz treściwego „The Desaturating Seven” – albumu-koncepcyjnego, inspirowanego bajką dla dzieci o bandzie chochlików pożerających wszelkie kolory tego świata. Krótko: dzięki niemu moja dawna sympatia dla Primusa odżyła pełnią życia.

Kilka ciekawostek: to kolejny album tego zespołu inspirowany literaturą dziecięcą, po nieformalnej ścieżce dźwiękowej do „Charlie i Fabryka Czekolady”. To także pierwszy od 22 lat autorski materiał z udziałem perkusisty Tima Alexandra, który powrócił na łono power-trio. Ponad wszelką wątpliwość, to jeden z najbardziej poukładanych, a jednocześnie bezkompromisowych albumów Primusa. Bajka dla dzieci w przekładzie Claypoola i spółki nabiera tu wymiaru bajki dla dorosłych – przedstawienia rodem z koszmarów, okraszonego złowrogą, alegoryczną narracją. Chochliki głosami Claypoola już nie jedzą tęczy, ale gwałcą, rabują, zabijają. Kim jest owa odrażająca banda? Politykami, kłusownikami, bankierami inwestycyjnymi? Tu interpretacji jest zapewne tyle, ilu słuchaczy z wypiekami na twarzy.

A powodów dla ich wystąpienia jest niezwykle dużo jak na 35 minut grania. Przede wszystkim, instrumenty. Bas w rękach Claypoola to temat na osobny artykuł. Jego arcymistrzowstwo nadal obowiązuje: potrafi grać koronkowo jak Tony Levin, ale i potężnie jak Nick Beggs; dynamicznie jak Flea, oraz funkująco jak Bootsy Collins. Jego klang to znak towarowy, podobnie jak chochliczy głos, awangardowe świrowanie oraz spływająca soczyście po brodzie plwocina. Obok niego działa Larry LaLonde, którego gitara porywa mocnym, rytmicznym riffem, ale i przenosi gdzieś w pejzaż groteski, nocnych mar i trupich świateł odbitych w księżycu. Za perkusją wspomniany już Tim Alexander, grający czysto i precyzyjnie, a jednocześnie mocno, niczym opadająca śluza w Gwieździe Śmierci.

Ale podstawowe elementy Primusa i tak nie oddają siły „The Desaturated Seven”. To album zdyscyplinowany jak King Crimson, ale bajkowy jak Jethro Tull. Jest niełatwy w odbiorze, pogmatwany i wymagający od słuchacza. To nie szalony funky-metal jaki pamiętamy z „Pork Soda”, ale rasowy prog-rock – potężny jak Rush, mistrzowski jak ELP, alegoryczny jak Genesis. Dzięki produkcji brzmi krystalicznie czysto; każdy instrument jest tak wyraźny, jakby zespół grał w naszym salonie. A przy tym ani produkcja ani muzyka nie atakuje ścianą hałasu – są po prostu doskonałe technicznie. Kiedyś Primus był synonimem wszystkiego, co w muzyce fajne i dziwne. Dziś doszła do tego koncepcyjność i artyzm, jak u The Residents, Laibach czy Ulver. I żeby była jasność, Primus still sucks.


Autor: Jakub Oślak