Recenzje

2017-10-21
Robert Plant - "Carry Fire"
Jedenasty solowy album byłego wokalisty Led Zeppelin jedną z najlepszych płyt 2017 roku? Tak twierdzi Marcin Knapik, który zrecenzował dla nas album "Carry Fire".
Wykonawca: Robert Plant
Wytwórnia: Nonesuch Records / Warner Music Polska
Rok wydania: 2017

„Trzeba ciągle iść naprzód. Nie można się oglądać wstecz. Nie mam ochoty powtarzać się z czymś, co nagrałem rok temu, a co dopiero powtarzać coś, co liczy 49 lat. Nie wolno mi się zatrzymać”. Tak Robert Plant wypowiedział się w wywiadzie dla „Daily Telegraph” zapytany o ewentualny powrót Led Zeppelin. Na przekór wielu osobom wykrzykującym hasła o reaktywacji zespołu, którego był liderem – chodzi własnymi muzycznymi drogami. I odkrywa nowe, nie bacząc na swój wiek. Na "Carry Fire" - swoim jedenastym solowym albumie Plant zaprasza słuchaczy w kolejną podróż po świecie.

To drugi album nagrany wraz z zespołem The Sensational Space Shifters. Ta sama kapela towarzyszyła Robertowi na albumie "Lullaby... and the Ceaseless Roar" z 2014 roku. Różnica jest taka, że tym razem nie znajdziemy jej nazwy na okładce. Ale gdy już położymy płytę na półce, ukaże się naszym oczom szyld "Robert Plant and The Sensational Space Shifters".

Płyta sprzed trzech lat bardzo mi przypadła do gustu. „Carry Fire” to kontynuacja kierunku tam obranego, ale nie kalka „jeden do jednego”. Łączenie różnych brzmień z dużą rolą folku, muzyki świata. Zapowiada nam to rozpoczynający album „The May Queen” - pierwszy, który zapowiadał tegoroczne dzieło Planta. Celtycki folk, plemienne brzmienia, bluesowy riff gitary. „Carving Up The World Again... A Wall and Not a Fence” z amerykańskim klimatem. Plemienne bębny, chwytliwy rytm. A przy okazji tekst nawiązujący do planów Donalda Trumpa dotyczących budowy muru między USA a Meksykiem. Jeden z najjaśniejszych punktów na płycie, choć słabych punktów na niej bardzo ciężko się doszukać. „Carry Fire” przenoszący nas na Bliski Wschód. Orientalne klimaty połączone z psychodelią. Jeszcze brakuje tylko do kompletu dżina wyskakującego z lampy. Zinterpretowane na nowo „Bluebirds Over The Mountain” - cover utworu Ersela Hickeya pochodzącego z lat 50. Hipnotyczny, wchodzący do głowy, z brzmieniami country, też z dawką psychodelii. Eksperymentalny „Keep It Hid” - nowoczesna elektronika, bluesowa gitara i unoszący się nad wszystkim klimat muzyki świata.

„New World...” - najbardziej rockowy utwór na płycie. Wzniosły „Dance With You Tonight”. Zestawienie rock’n’rolla i bluesa w „Bones of Saints”. I ballady. Sentymentalny „Season’s Song” - do gitary akustycznej i wokalu Planta dochodzą chórki i harmonijnie towarzyszące instrumentarium. „A Way with Words” - bardzo oszczędna kompozycja. Fortepian, bębny, głos Planta i delikatne tło. Im dalej, tym bardziej majestatycznie dzięki skrzypcom. Mieszanka różnych brzmień w mistycznym „Heaven Sent” - piorunujący koniec. Przy tych wszystkich eksperymentach, z płyty bije dojrzałość. Pewność, że wszystko jest na swoim miejscu.

Mówiąc młodzieżowym językiem: Plant wymiata. Nie śpieszy się, tylko dostojnie prowadzi nas przez świat dźwięków. Nie odcina kuponów. Patrzy do przodu. Trzeba być wielkim, żeby to potrafić w takim momencie kariery. Jedna z najlepszych płyt roku? Po kliku dniach spędzonych z tym albumem ta myśl coraz bardziej świta mi w głowie. Zapowiada się na to, że w moim prywatnym rankingu będzie wysoko. Bardzo wysoko.


Autor: Marcin Knapik