Recenzje

2017-10-23
Daniel Cavanagh - "Monochrome"
Lider i wokalista grupy Anathema zaprezentował debiutancki album zatytułowany "Monochrome". Płytę zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Daniel Cavanagh
Wytwórnia: K-Scope / Rockserwis
Rok wydania: 2017

Oddzielenie osoby Danny’ego Cavanagh od Anathemy jest niemożliwe. To on jest głosem i motorem tej formacji, a swoim talentem i wyobraźnią od lat udowadnia jak wiele ma wciąż do powiedzenia. Udało mu się to choćby w tym roku, wydając z zespołem doskonały album „The Optimist”, stojący jakby w opozycji z jego dość melancholijną, wrażliwą osobowością. Musiała ona jednak znaleźć swoje ujście, jako że dość nieoczekiwanie ukazał się w tym samym roku jego solowy album „Monochrome”. To nie jest bynajmniej pierwsza płyta, jaką Daniel podpisuje osobiście, ale z dotychczasowych zdecydowanie najpoważniejsza. Kluczowe jej fragmenty, np. otwierający płytę utwór „The Exorcist”, powstały w trakcie sesji z Anathemą. Jednakże, Danny zdecydował, że jest on zbyt osobisty, aby sygnować go jako kolektyw. W ten sposób uzbierał się materiał na krążek solowy, którego bynajmniej nie należy traktować jako dodatek do Anathemy, lecz niezależny twór o własnym ego i tożsamości.

To powiedziawszy, nie sądzę, aby cokolwiek na tej płycie zaskoczyło fanów Anathemy. Cavanagh uwielbia przestrzeń, bogactwo dźwięków i moc temperatur nimi niesionych. Na „Monochrome” rzecz jasna owa przestrzeń jest mniejsza, intymna, nastrajająca do osobistych chwil ze wzrokiem za oknem. Danny odpowiada za wszystkie instrumenty, a obraca nimi odważnie i ochoczo – poza partiami skrzypiec w wykonaniu Anny Phoebe. Przy mikrofonie towarzyszy mu – zero zaskoczenia - Anneke Van Giersbergen. Reszta to tylko i wyłącznie serce Danny’ego, bijące i broczące krwią na białej połaci czerpanego papieru. Jak sam zapowiadał, jest to materiał dla niego szczególny, jako że nierozerwalnie połączony z jego wrażliwością, przeżyciami osobistymi, miłosnymi wzlotami oraz kruszącymi stratami. Towarzyszenie z pozycji słuchacza artyście w takich chwilach napawa powagą i zadumą; jednakże, jako słuchacze możemy być wybredni wobec tego co słyszymy. Dla nas te dźwięki znaczą co innego.

Nie mam wątpliwości, że Danny wycisnął w ten album tyle łez, ile dał radę. Jest to jakby tragiczny romans – dialog dusz, które z jakichś powodów nie mogą lub nie potrafią się spotkać. Zarówno słowa jak i muzyka mówią tu wiele i osobie postronnej może zrobić się wręcz przykro, że ten gość tak cierpi. Jest w tym jednak dużo przesady i melodramatu, swoistej nachalności, która sprawia, że nie do końca kupuję ten album. Danny niewątpliwie jest świetnym kompozytorem, doskonale operuje zarówno gitarą, jak i fortepianem, ale jego osobisty lament drażni bardziej, niż u Tima Bownessa. Pół biedy gdyby lamentował sam, ale obok niego jęczy Anneke; była wokalistka The Gathering posiada donośny głos i teatralną intonację, ale właśnie ona stoi w opozycji z intymnością i kole w uszy. To powoduje, że nawet najszczersze wyznanie nabiera fasady przedstawienia, w dodatku lekko kiczowatego. Płyta jest w efekcie przesadnie smutna, a prezentacja owego smutku zbyt teatralna, aby w niego uwierzyć.

Jednakże, po drugiej stronie medalu znajdziemy muzykę, której kompozycja i wykonanie ratuje wszystko. To paradoks, ale najmocniejsze punkty tej płyty to te, gdy duet wokalistów milczy. Na naszą najwyższą uwagę zasługuje złożona kompozycja „The Silent Flight of the Raven Winged Hours” – rozbudowana, etapowa, progresywna – budująca nastrój z kurzu ciszy wznoszonego do eksplozji. Jeśli serce Danny’ego Cavanagh ma się łamać przed naszymi uszami, to z hukiem, a nie skomleniem. Ta kompozycja, jak i pozostałe instrumentalne jej partie, tworzą sens tego krążka. Gdybym mógł coś polecić Danny’emu, to następnym razem, zamiast łzawych listów składanych na ręce Anneke wybrałbym milczące, instrumentalne, chłodniejsze kompozycje. Czasem mniej znaczy więcej i zamiast rozpaczać i wołać o łaskę rudowłosej nimfy, lepiej dać instrumentom przemówić samym za siebie. W takich chwilach płacząca gitara czy pianino brzmią bardziej po ludzku, niż wszelkie szepty i krzyki. 


Autor: Jakub Oślak