Recenzje

2017-11-07
Fever Ray - "Plunge"
Fever Ray zaskoczyła fanów wydając drugi solowy album bez żadnych zapowiedzi, jedynie w wersji cyfrowej. Nasz recenzent Marcin Knapik ocenił to wydawnictwo.
Wykonawca: Fever Ray
Wytwórnia: Rabid Records
Rok wydania: 2017

Fever Ray. Pod tym pseudonimem kryje się Karin Dreijer – członkini istniejącego do 2014 roku elektro-popowego duetu The Knife. Zespół zakończył działalność, więc tym bardziej nie zaskakuje pojawienie się drugiego już albumu solowego projektu artystki. Mogło zaskoczyć jego pojawienie się w serwisach streamingowych bez sygnalizowania wcześniej terminu wydania płyty (choć tydzień wcześniej pojawił się singiel promujący wydawnictwo). W formie fizycznej „Plunge” ukaże się dopiero w lutym przyszłego roku.

Nie ma na nim spokoju i harmonii, które charakteryzowały debiutancki album Fever Ray sprzed ośmiu lat. Znajdziemy go właściwie jedynie w jednym z najlepszych utworów na płycie -„Red Trails” ze szkockim klimatem i skrzypcami. Głos Karin bardzo przypomina w niektórych utworach Björk, np. w tym. Spokojniejszymi momentami są też „Mustn’t Harry” i „Mama’s Hand”, ale wkrada się tam element królujący na wydawnictwie.

A na „Plunge” króluje krzykliwy, rytmiczny elektropop. Sygnalizuje już nam to otwierający całość „Wanna Sip” z brzmieniem syntezatorów przypominającym syreny. Dużo tu eksperymentowania (przykładem „A Part of Us”). Jego objawem są też instrumentalny utwór tytułowy będący przy okazji najdłuższą kompozycją na płycie, industrialny „Falling” czy „To the Moon and Back” z przesłodzonym brzmieniem przypominającym dawne gry komputerowe. Aż do przesady przesłodzonym.

Dzikością, afrykańskimi rytmami i nerwowością cechuje się „IDK About You”. Dramaturgiczność i pompatyczność wkrada się do „An Itch” (orkiestrowe sample i przesterowany wokal) oraz „This Country”. Fever Ray stawia na wspomniane wyżej rytmiczność i krzykliwość, które współgrają z tekstami mającymi polityczny wydźwięk. Dużo w nich nowoczesnych haseł i manifestów.

Mimo tego „Plunge” nie jest albumem, który przy pierwszym przesłuchaniu wpada w ucho. Trzeba go posłuchać kilka razy, by się w niego wczuć i wyłapać wszystko, co na nim jest. Ale i tak znajdziemy i ładne momenty i takie, które drażnią, nawet bardzo. Nie da się jednak odmówić temu materiałowi, że intryguje.


Autor: Marcin Knapik