Recenzje

2017-11-08
Trupa Trupa - "Jolly New Songs"
Czwarte dzieło Trupa Trupa zatytułowane „Jolly New Songs” zaskakuje przede wszystkim jakością zawartego w nim materiału. Zespół zbalansował brzmienie i nadał utworom zwartej konsystencji, nie pozbawiając jednocześnie intrygującego charakteru.
Wykonawca: Trupa Trupa
Wytwórnia: Antena Krzyku
Rok wydania: 2017

Początek płyty w postaci „Against Breaking Heart Of A Breaking Heart Beauty” delikatnie wprowadza w nastrój całości. Nienachalna, acz solidna perkusja, gitarowe pętle i przestrzenny wokal, wkręcają w swoisty trans. Z kolei „Coffin” ze swoim początkowo arkadyjskim brzmieniem mógłby być alternatywnym hitem niejednego lata. Dopiero druga część kawałka odkrywa swoją mroczniejszą dźwiękową stronę. Zaskakuje natomiast „Falling”, które z gitarowej okołosmithsowej pętli przechodzi w niemalże epicki hymn, którego mógłby pozazdrościć nieistniejący Oasis. I to wszystko przy wciąż jednolitej, nieco mglistej warstwie wokalnej. Perełką w tym zestawie jest „Mist” – bardzo prosty rytm i powtarzane na jednym patencie słowa dopiero pod koniec ulegają natężeniu, uderzając wraz z nieco mocniejszym brzmieniem gitar. „Jolly New Song” to ukłon w stronę dawnego Sonic Youth, a mroczna atmosfera przywołuje też na myśl dokonania Pink Floyd z okresu z Sydem Barrettem. Kwintesencją tej części płyty jest grubo ponad siedmiominutowa kompozycja „Leave It All”, która narasta w transie i wkręca z każdą kolejną minutą coraz bardziej, zwłaszcza za sprawą powtarzanych słów refrenu. „Love Supreme” dla odmiany nieco usypia, a patent powtarzalności tytułowych słów tym razem nieznacznie męczy. Natomiast tajemniczy „Never Forget” spokojnie mógłby się znaleźć na ścieżce dźwiękowej jakiegoś dreszczowca. Marszowa perkusja, ponure brzmienie gitar i deklaracja: We never, we never forget… tworzą tu specyficzną funeralną aurę. „None Of Us”  ponownie trochę ją rozmywa, serwując kolejny raz dość zamglone dźwięki. Przełamuje je walczykowaty „Only Good Weather”, który po ponad dwóch minutach przechodzi luźniejszą część pełną pętli, loopów i dziwnych „głębinowych” brzmień. Płytę zaś kończy beatlesowsko-chropowata piosenka „To Me”.

Jeśli ktoś nie zapoznał się jeszcze z twórczością gdańskiego kwartetu, polecam zacząć od tej płyty. Bo to zdecydowanie najpełniejsza w swej formie propozycja grupy, najlepiej kondensująca wciąż frapujące brzmienie tego zespołu. 


Autor: Maciej Majewski