Recenzje

2016-02-22
Steven Wilson - "4 1/2"
"I'm a collector, I collect anything I find, I never throw anything away that's mine". Tak śpiewał przed kilkoma laty Steven Wilson i póki co dotrzymuje słowa. W jego królestwie żaden dźwięk nie ginie i prędzej czy później odnajduje swoje przeznaczenie.
Wykonawca: Steven Wilson
Wytwórnia: K-Scope
Rok wydania: 2016

Tym razem do rąk kolekcjonerów wpada zbiór materiału, który powstał przy nagrywaniu wcześniejszych albumów, głównie „Hand. Cannot. Erase.” Według samego autora miał to być zalążek całkiem nowego albumu; jednakże, bardzo słusznie zdecydowano, aby wydać to całkiem osobno, w rodzaju przekąski przed kolejnym daniem głównym. Z jednej strony dobrego nigdy za wiele; z drugiej zaś, czy czekanie nie powinno zaostrzać apetytów?

Fanów Wilsona nic nie powinno na tym krążku zaskoczyć, jako że to przede wszystkim oni będą jego głównymi odbiorcami. Ci, którzy dopiero chcą poznać smak twórczości tej nietuzinkowej postaci, również nie powinni być zawiedzeni po tych trzydziestu minutach prawdziwie malowniczej muzyki. Od wejścia jest piosenkowo i melodyjnie, ale już po chwili czeka nas progresywny labirynt kombinowanych dźwięków, maestrii instrumentów, zmian tempa i mirażu tematów. Każda kolejna kompozycja to odrębna komnata wypełniona własnym aromatem i echem lirycznych wspomnień. Wilson to tytan pracy, który nie pozwala sobie na jakąkolwiek fuszerkę, odcinanie kuponów lub naciąganie fanów na kupowanie odpadków. „4½” można ze spokojem ustawić na półce tuż obok jego dotychczasowych doskonałych albumów solowych. Jako całość jest to płyta niezwykle ciekawa i absorbująca, wręcz domagająca się wielokrotnego odłuchu. Nick Beggs dostarcza tu popis gry na swoim „spalinowym” basie, a dzięki obecności saksofonu Theo Travisa i śpiewu Ninet Tayeb jedna ze starszych kompozycji Wilsona dostała zasłużone drugie życie. Nad całością jak zwykle unosi się magiczna aura idoli Wilsona – King Crimson i Yes – a najlepszej na płycie kompozycji „Vermillioncore” nie powstydziłby się zespół Camel w swoich najlepszych latach.

Jestem oczarowany jak wielki postęp uczynił Steven Wilson jako kompozytor i instrumentalista. Odkąd jako dzieciak zasłuchany w płyty ojca wymyślił sobie zespół Porcupine Tree, jego sen o muzyce miarowo nabierał rzeczywistych kształtów i kolorów. Ambicje, kompulsywna kreatywność, a także koncepcyjność macierzystej formacji nierzadko wpędzały jednak go w pułapkę pretensjonalności. Chwile nieskrępowanego geniuszu mieszały mu się z momentami zagubienia i rozbuchanego artyzmu. Od kiedy jednakże sygnuje albumy solowe, jego muzyka niezmiennie oczarowuje dojrzałością i artystycznym carpe diem, a „4½” jest tego kolejnym dowodem. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load