Recenzje

2016-03-11
Ulver - "ATGCLVLSSCAP"
Jest zaskoczenie, więc nie ma zaskoczenia. Im dalej w las, tym wilki coraz śmielsze. Tak najkrócej mogę podsumować nowe wydawnictwo norweskich dzieci nocy z Ulver.
Wykonawca: Ulver
Wytwórnia: Mystic
Rok wydania: 2016

Po raz kolejny udowadniają, że granice i konwencje są po to, aby je łamać, naginać, wykręcać i z powrotem budować. Ci, którzy znają ich nagrania wiedzą jak nieobliczalna jest to ekipa. Tych zaś, którzy nie mieli do tej pory przyjemności obcować z ich twórczością czeka nie lada przejażdżka psychodelicznym tunelem strachu. Nieodmiennie, jak wszystkie albumy Ulver, jest to obietnica zagadki, której sensem nie jest rozwiązanie, lecz przeżywanie.

Każdą płytę tego zespołu należy rozpatrywać jako osobne dzieło sztuki, poza jakimkolwiek ciągiem logicznym ich dotychczasowego dorobku. Tym razem dostajemy ku naszej rozkoszy zbiór kompozycji, które sam Kristoffer Rygg określa jako free rock. W rzeczy samej, są to w pełni improwizowane gitarowo-elektroniczne pasaże, powstałe w wyniku scenicznej alchemii, nagrane podczas ostatniej trasy zespołu (także w Polsce). Słusznie zdecydowano, że uzyskany w ten sposób materiał jest wystarczająco ciekawy, aby po minimalnej obróbce studyjnej wydać go na płycie. Zatem gdzie tym razem prowadzą nas Ulvery?

To podróż po koncepcyjnych formach rocka sprzed kilku dekad, jak i ich współczesnym dziedzictwie. To dynamiczne, rozbudowane struktury, w trakcie których kolejne wątki przenikają się jak we śnie, tworząc miksturę miraży i refleksji rzeczywistości. Doświadczone uszy szybko dostrzegą odniesienia do takich pionierów jak Faust, Ash-Ra Tempel, Cluster a nawet Popol Vuh. W jednym momencie siedzimy w "pędzącym" pociągu krautrocka, aby za chwilę przenieść się w zodiakalne wymiary jego spadkobierców, od Wooden Shjips i Mogwai, po Mastodon, Cynic, czy Sunn o))).

Ulvery, jak to mają w zwyczaju, także i tym razem sięgają po przenikające się strumienie świadomości, co zmusza słuchających do ich wielokrotnego i cierpliwego odkrywania. Jest niepokojąco, ale fascynująco; najpierw czuć aromat i szum retrospekcji, po czym zanurzamy się w ambientową ciemność terra incognita. Krążek pochłania na długie godziny, wciągając w emocjonalne szarady i milczącą enigmę sztuki. Te kompozycje nie miały w założeniu tworzyć albumu; są zatem tym bardziej godne i warte poznawania raz po raz, w dowolnej kolejności, bez spisu treści i patrzenia na zegarek.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load