Recenzje

2016-06-22
Red Hot Chili Peppers - "The Getaway"
Pięć lat po dość nieudanym “I’m with You” Red Hot Chili Peppers wracają z nowym krążkiem. Niemalże równie nieudanym.
Wykonawca: Red Hot Chili Peppers
Wytwórnia: Warner Music
Rok wydania: 2016

Muzycy RHCP najwyraźniej nie wyciągnęli wszystkich wniosków po poprzedniej płycie. Owszem, zmiana producenta to jeden z dwóch istotnych ruchów, który zespół winien wykonać (po 25 latach Ricka Rubina za konsoletą zastąpił Danger Mouse). Drugim pozostaje kwestia gitarzysty, któremu panowie założyciele w postaci Anthony’ego Kiedisa oraz Flea powinni podziękować. Josh Klinghoffer nie daje sobie po prostu rady jako „wiosłowy” tak energicznej grupy jaką jest Red Hot Chili Peppers. „The Getaway” jest na to kolejnym dowodem. Otwierający płytę utwór tytułowy nie zwiastuje jeszcze niczego złego. Prosty beat perkusyjny, lekko „nerwowa” gitara i dość zduszony klimat jest całkiem niezłym początkiem. Singlowy „Dark Necessities” z silnie funkującym Flea i prosty fortepianem w tle, wywołuje raczej uczucie nostalgii. Przydałyby się tu długie głębokie „chóry” Johna Frusciante. Być może wtedy utwór nie byłby tak miałki. Impas próbuje przełamać nieco „We Turn Red” – z garażową perkusją, niskim basem i - dla odmiany - tym razem funkująca gitarą Klinghoffera. Udaje się połowicznie, bo choć środki trafnie dobrane, to brakuje tego ostatniego elementu – solidnego kopniaka. Słuchając pierwszych dźwięków„The Longest Wave” od razu przypomina się „Under The Bridge”. I na tym niestety koniec, bo utwór jest w zasadzie pół-kołysanką. Nie ratują go nawet teoretycznie mocniejsze elementy. Z kolei „Goodbye Angels” można sobie spokojnie darować. Nic nie wnosi. Co innego nieco hendrixowo-kravitzowy „Sick Love”, który tym razem ma trochę więcej chropowatych fragmentów, przyjemnie przy tym pulsując. „Go Robot” brzmi zaś jak numer Daft Punk. W dodatku ten najbardziej znany... W „Feasting On The Flowers” początkowo znów trochę wieje nudą. Dopiero pod koniec utworu zaczyna się jakieś kombinowanie. Pojawia jakiś zmysł twórczy, mający w sobie coś z twórczości Eltona Johna (tak, dominuje fortepian!). „Detroit” to w zasadzie najlepszy numer na płycie. Odnoszący się do rodzinnych stron Kiedisa, tętni udanym i tak pożądanym na reszcie krążka funkrockowym groovem. Z kolei „This Ticonderoga” to poniekąd ukłon w stronę retrorockowej fali. Popsuł go jednak nadmierny chaos i nerwowość, a dwie wolniejsze wstawki, mające go zdaje się wzbogacić, po prostu męczą. Ciepły, melodyjny „Encore” to kolejna nostalgiczna, acz wyjątkowo przyjemna dla ucha wycieczka. Czyli można. „The Hunter” psuje jednak to wrażenie ckliwą podniosłością. Jestem jednak przekonany, że na koncertach stadionowych ten numer świetnie się sprawdzi. Album wieńczy zaś „Dreams Of A Samurai”. Brzmiący chwilami niczym wycinek udanego jam session, wnosi element nieprzewidywalności, czyli coś, czego jedenastej płycie Red Hot Chili Peppers zwyczajnie brakuje.

Mam wrażenie, że panowie z RHCP po odejściu Johna Frusciante zwyczajnie się pogubili. Dopiero teraz słychać jak ważnym ogniwem był ten muzyk. Płytą „The Getaway” zespół drugi raz z rzędu psuje swoją dyskografię. Miejmy nadzieję, że to ostatnia taka próba.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load