Recenzje

2016-11-19
Sting - "57th & 9th"
Nowa płyta takiej postaci jak Sting jest w świecie muzyki rozrywkowej wydarzeniem najwyższej rangi.
Wykonawca: Sting
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2016

Nie powinniśmy, jednakże, postrzegać nowego materiału przez pryzmat przeszłości i zasług, lecz to, co ten muzyk (i każdy inny) ma teraz do zaoferowania zarówno swoim sympatykom, jak i sceptykom. Sting jest artystą wszechstronnym, imponujący bardzo różnorodną stylistyką, którą łączy jego niepodrabialny głos i szósty zmysł piosenkopisarski. Po przygodach z jazzem, soulem, popem, piosenką świąteczną a nawet szantami, Sting postanowił powrócić do korzeni, czyli rocka. Sam pomysł jest godny pochwały; rezultat, niestety, wzbudził moje bardzo mieszane uczucia.

Już sam tytuł – „57th & 9th” – oraz okładka albumu mówi wiele. Wracamy do Nowego Jorku, ale już nie jako Englishman in New York, tylko ktoś, kto poznał i wtopił się w krwiobieg tego miasta. Otwierający płytę utwór „I Can’t Stop Thinking About You” brzmi jak powrót do czasów The Police (zupełnie jak „Don’t Stand So Close to Me”), czyli bardzo obiecująco. Jednakże tuż po nim następuje koszmar współczesnego pop/rocka – rozgotowana, nieapetyczna papka bez wyrazu i emocji. To „muzyka środka”, tożsama szpitalnemu jedzeniu dźwiękowa średnia krajowa, mająca w założeniu  zadowolić każdego słuchacza, najczęściej drogami komercyjnych, „taksówkowych” rozgłośni.

Doprawdy, przez pierwsze 6 kompozycji ciężko jest zawiesić ucho na czymkolwiek, poza głosem Stinga – ale to za mało, jeśli muzyka i kompozycja mu towarzyszące są pozbawione smaku. Gdyby te kawałki wydał debiutant, wtedy spuściłbym na to zasłonę milczenia. Ale to przecież Sting! Autor tak wielkich piosenek jak „It’s Probably Me”, „Fields of Gold”, „Fragile”, czy „All This Time”, nie wspominając nawet o hitach Policjantów. Tymczasem ci mniej cierpliwi mieliby pełne prawo wyłączyć ten kapuśniak w jego kulminacyjnym punkcie, czyli „Pretty Young Soldier” i „Petrol Head”. Naprawdę, jestem rozczarowany; przy tych numerach Bon Jovi i Meat Loaf brzmią jak Pink Floyd.

I wtedy nadchodzi kawałek „Heading South On the Great North Road” – i coś się zmienia. Kończy się rock, muzycy schodzą ze sceny, zostaje sam Sting z gitarą. Czas na świetną balladę, frapującą i poetycką, przypominającą niektóre solowe dokonania Marka Knopflera lub Davida Sylviana. I ten nastrój pozostaje z nami już do końca płyty, przez kolejne trzy kompozycje. Na szczególne brawa zasługuje mistyczna „Inshallah”, oraz finałowa „The Empty Chair”. Gdyby cały krążek był taki! To właśnie dowód na to, jak dobrym muzykiem jest Sting. Nie gdy udaje rockmana, tylko gdy siada z gitarą, trochę jak Tim Buckley albo Paul Simon, aby trochę nam posmęcić.

Doprawdy nie wiem jak ocenić „57th & 9th”. To nie jest krążek na miarę największych dzieł Stinga, lecz sztampowy produkcyjniak który i tak się sprzeda dzięki nazwisku. Ale tym, którym starczy cierpliwości polecam cztery ostatnie kompozycje. Przypominają mi one drugą połowę płyty „Brothers in Arms” Dire Straits, którą kończyła niezwykla melancholia, i romantyczny, „wieczny” nastrój. Całość nowego dzieła Stinga należy ocenić samodzielnie, aczkolwiek ja zdecydowanie wolę zrobić sobie powtórkę z klasyków, niż eksplorować nowości, o ile tak mają one wyglądać. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load