Recenzje

2017-02-19
Richard Barbieri - "Planets + Persona"
"Nowy krążek „Planets + Persona” to wyzwanie dla tych, co lubują się w muzyce kombinowanej, eklektycznej, kojarzonej ze stylem 'leftfield'. Muzyce trudnej i intrygującej" - napisał Jakub Oślak o nowej płycie byłego klawiszowca grupy Porcupine Tree.
Wykonawca: Richard Barbieri
Wytwórnia: Kscope / Rockserwis
Rok wydania: 2017

Porcupine Tree jako grupa nie daje znaku życia od 2009 r., nie licząc winylowych reedycji starych albumów. Nie znaczy to jednak, że jej członkowie próżnują. Steven Wilson, jak wiadomo, pracuje nawet przez sen. Colin Edwin udziela się w kilku grupach jednocześnie. Gavin Harrison spełnia swoje sny w King Crimson. A Richard Barbieri? Ten cichy, niepozorny jegomość, łudząco podobny do Edwarda Ka-Spela za młodu, właśnie wydał kolejną, solową płytę. To właśnie on spośród Jeżozwierzów odpalił samodzielną twórczość najwcześniej, chociaż największą uwagę w jego dorobku zwróciły dopiero wydane przed kilkoma laty dwie płyty ze Stevem Hogarthem. Barbieri solo to feria kontrastów, a nowy krążek „Planets + Persona” to wyzwanie dla tych, co lubują się w muzyce kombinowanej, eklektycznej, kojarzonej ze stylem leftfield. Muzyce trudnej i intrygującej.

Minął dopiero jeden akapit, a tu już tyle nazwisk padło, mniej lub bardziej związanych z tematem. A dalej padnie jeszcze więcej. Nie bez powodu – ta płyta to kalejdoskop, który nie pozwala przyzwyczaić się na dłużej do jednego tematu. Wszelkie instrumenty, elektroniczne i akustyczne, są tu doprodzone do jednolitej, hipnotyzującej, oktarynowej transmisji. Tu zdarzyć się może absolutnie wszystko. Na płycie powiązanych jest ze sobą kilkadziesiąt odrębnych motywów, a żaden nie trwa dłużej niż pół minuty. Trudno jest je nawet wszystkie nazwać – mamy trochę elektronicznego rytmu w stylu IDM, mamy ambient, jazz, sample, blade krajobrazy we mgle, głosy z toni jezior i oniryczny, koszmarny miraż rzeczywistości.  Barbieri nie pierwszy raz eksperymentuje z kompozycją na swoich płytach; ale z dotychczasowych ta jest zdecydowanie najbardziej różnorodna.

Nie mam wątpliwości, że „Planets + Persona” to muzyka w estetyce snu. Ktokolwiek miewa w nocy wyraźne sny ten wie, jak szalone, niedorzeczne, a przede wszystkim nieprzewidywalne potrafią być. Tak jak kalejdoskop nie pozwala oglądającemu zatrzymać się na jednym wzorze, tak i sen co chwila miesza rzeczywistość i rzuca „bohatera” w miejsca wybrane przez chaos ludzkich myśli. Tak samo jest na „Planets + Persona”, która nie pozwala słuchaczowi wczuć się dany moment, gdyż za chwilę ulegnie on kolejnej, fantastycznej zmianie. Utwory pozornie stanowią odrębne historie, ale tą płytę podziwiać można tylko i wyłącznie jako jednolitą, nieprzerwaną całość. Podział na kompozycje jest tu zbędny, umowny – to strumień świadomości prosto z trzewi muzyka-wizjoniera, który daje dojść do głosu pewnym pierwotnym, wbudowanym biologicznie w umysł ludzki enigmom.

„Planets + Persona” przypomina mi niektóre dzieła Davida Sylviana, szczególnie te nagrane z Holgerem Czukayem. To kompozycje mozaikowe, skłaniające się w stronę szalonego kolażu, a jednocześnie niezwykle łagodne, służące za kompres dla umysłu i inhalacje dla duszy. Nie jest to muzyka przedobrzona, wymęczona i na siłę abstrakcyjna – byle dziwniej i bardziej awangardowo. Jest w niej dużo estetycznego uroku, który mimo bogactwa barw, kresek i kształtów nie atakuje słuchacza bombą bodźców dla zmysłów. Ta muzyka jest jak wciągająca, misterna, wielowątkowa opowieść, której odbiorca nie zawsze nadąża za akcją, ale i tak trwa w podziwie i przejęciu. A po jej raptownym końcu można ją puścić od początku i usłyszeć coś absolutnie innego, nowego, z nieznanym zestawem szczegółów, barw i emocji. Niezwykła płyta, stanowiąca odmianę od wszystkiego na codzień. 


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load