Recenzje

2017-03-24
Steve Hackett - "The Night Siren"
Jakub Oślak przelał na papier swoje przemyślenia po wysłuchaniu nowego albumu byłego gitarzysty grupy Genesis.
Wykonawca: Steve Hackett
Wytwórnia: Inside Out Music / Sony Music Polska
Rok wydania: 2017

We wrocławskim Muzeum Narodowym znajduje się obraz przedstawiający Orfeusza grającego na swojej lirze w otoczeniu zwierząt w sercu lasu. Zaginiony pendant tego malowidła ukazuje satyra Marsjasza, boleśnie ukaranego za swoją grę na flecie przez boga Apolla. Ilekroć myślę o tych dwóch niezwykłych dziełach, przychodzi mi na myśl muzyka Steve’a Hacketta. Z jednej strony kojąca nerwy, pastoralna, afirmująca magię świata naturalnego; z drugiej zaś pełna udziwnień, zaskakujących zwrotów akcji, niezwykle dramatyczna i podniosła. Ze szczyptą kiczu i przymrużeniem oka. Steve Hackett to jeden z ostatnich klasycznych prog-rockerów, którzy wiernie trzymają się pierwotnych założeń tego gatunku. Jego muzyka rozbija ściany rocka, jazzu, muzyki klasycznej, a nawet teatru. Co więcej, Hackett czyni to niezwykle szczodrze i regularnie, a jego albumy studyjne i koncertowe są już liczone w dziesiątkach. Czy cierpi na tym jakość muzyki? I tak, i nie – ale to i tak bez znaczenia.

„The Night Siren” trafia w ręce fanów Hacketta tuż po „Wolflight”, serii wydawnictw koncertowych z cyklu Genesis Revisited, oraz winylowego kompendium albumów z lat 70-tych. Cynicy powiedzą, że Hackett sprytnie przemycił nową solową płytę za zasłoną klasycznego materiału, aby ukryć jego niedoskonałość. Sympatycy zaś sięgną po każdą z nich i wciąż będzie im mało. Pozostali nie będą w ogóle kojarzyć osoby Steve’a Hacketta; zatem, każdy uda się w swoją stronę zadowolony. I to właśnie jest puenta tej płyty. Hackett jest antytezą muzycznych rewolucji. Wiernie trzyma się stylu do jakiego przyzwyczaił nas w Genesis, a cała jego solowa kariera jest płynnym i naturalnie rozwijającym się następstwem tego dziedzictwa. Z całą pewnością – jest mniej przegadana. Wśród jego albumów znajdują się arcydzieła, takie jak „Spectral Mornings”, płyty intrygujące jak „To Watch The Storms”, oraz tradycyjne wyroby rzemieślnicze. „The Night Siren” należy do tej trzeciej kategorii.


Najsilniejszym elementem nowej płyty są motywy new age, jakże odmienne od kanterberyjskich mandolin i fletów z lat 70-tych. Tym razem w dźwiękowym tyglu usłyszymy didgeridoo, sitar, arabski tar, irlandzkie dudy, oraz flety i klarnety. Są chóry, są podwojone wokale w stylu Yes, jest perkusja (Gary O’Toole), są klawisze (Roger King), jest nawet orkiestra. Jak zwykle u Hacketta, śpiewa wielu wokalistów, w tym Nad Sylvan, Jo Hackett (żona), Mira Awad, oraz Amanda Lehmann. Nade wszystko, śpiewa gitara Steve’a. Bez pośpiechu, w skupieniu, wyczarowuje on przy jej pomocy baśniowe pejzaże zabierające słuchacza tam, gdzie niekończąca się opowieść zabrała Bastiana. Każdy utwór to osobna komnata, które razem tworzą dramatyczną, wielowątkową, podniosłą opowieść pełną liryki, emocji i przelotów nad kukułczym gniazdem. Jak każda płyta Hacketta, tak i „The Night Siren” jest wędrówką, w trakcie której czeka nas wiele przygód, zagadek i cudownych krain.

Słabszą stroną tego albumu, poza okładką (która i tak jest postępem po „Wolflight”), jest rozkład piosenek. Płytę otwiera zupełnie nieciekawa i męcząca „Behind the Smoke”, dalej zaś dostajemy chociażby takie plastikowe kwiatki jak „Anything But Love”. Dwa najciekawsze numery nadchodzą dopiero pod sam koniec – „West to East” oraz „The Gift” to jakość z czasów płyt pod egidą Charismy. W międzyczasie – bywa różnie, chociaż nigdy nudno. Cały czas podkreślam dramaturgię i wielowątkowość tej płyty, brzmiącą jak gotowa oprawa przedstawienia scenicznego albo baletu. U Hacketta to żadna nowość, chociaż w przeszłości wychodziło mu to lepiej, bardziej świeżo. Podsumowując, „The Night Siren” to krążek na poziomie, ale bez wychodzenia poza obszar zabudowany dotychczasowymi katedrami Steve’a Hacketta. Jest godzien uwagi, ale tylko i wyłącznie osób zainteresowanych prog-rockiem. Pozostałym odradzam choćby spoglądanie w tą stronę. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load