Recenzje

2017-04-05
Mastodon - "Emperor of Sand"
„Emperor of Sand” oczywiście nie jest płytą złą. Jeśli nie znacie ich muzyki, a zachęci was okładka – podkreślam, fantastyczna – to czeka was przyjemna i melodyjna płyta o ciężkim brzmieniu, mocno zmiennym tempie, zaśpiewana na dwa wokale" - napisał Jakub Oślak o nowym wydawnictwie formacji Mastodon.
Wykonawca: Mastodon
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2017

Czas płynie jak szalony. Mrugnięcie okiem i trzy lata poszły z dymem. Przecież Mastodon wydał „Once More ‘Round the Sun” dosłownie przed chwilą. A tu już czeka nas zupełnie nowy, gorący jak pustynny piasek krążek „Emperor of Sand”. Sama okładka, jak zwykle u Mastodona, powala. Muzyka? Odpowiedź na to pytanie muszę już ubrać w zdanie wielokrotnie złożone. Nie chcę bezmyślnie besztać zespołu który mimo wszystko bardzo lubię. Nie będę jednak ukrywać, że po wysłuchaniu ich nowego albumu odnoszę wrażenie, że akurat dla nich czas się zatrzymał. I to nie jest komplement.

Być może jest to wina zbyt wysokich oczekiwań. Po „Crack the Skye” i „The Hunter” sądziłem, że Mastodon czeka takie samo przeznaczenie, co Opeth. Mieli stopniowo porzucać zasadniczy, nieokrzesany metal na rzecz bardziej złożonych, progowo-psychodelicznych form twardego rocka. Tymczasem tak się nie stało. Już na „Once More...” Mastodon dał do zrozumienia, że dobrze im jest we własnym piaskowym dołku, pomiędzy brzmieniami doom, prog, stoner, a przede wszystkim sludge-metalu. „Emperor of Sand” stoi dokładnie na rozstaju tych dróg. I ani kroku dalej.

Wszystko to miałoby całkiem sporo sensu, gdyby nie fakt, iż jest to dokładnie to samo miejsce, w którym był Mastodon od początku kariery, a już z całą pewnością od okresu po „Blood Mountain”. Tymczasem „Emperor of Sand” nie tylko nie wnosi niczego nowego w temacie ich muzyki, czego nie usłyszelibyśmy na „Crack...” i „The Hunter”, ale o zgrozo bezmyślnie cofa ich w rozwoju. Już „Once More...” brzmiało jak ostrzeżenie, jak mecz remisowy pod dwóch spektakularnych zwycięstwach. Ale teraz mam już pewność – drobią w miejscu, stawiając na rozwój tatuaży i bród, zamiast muzyki.

„Emperor of Sand” oczywiście nie jest płytą złą. Jeśli nie znacie ich muzyki, a zachęci was okładka – podkreślam, fantastyczna – to czeka was przyjemnia i melodyjna płyta o ciężkim brzmieniu, mocno zmiennym tempie, zaśpiewana na dwa wokale. To typowo amerykańska historia – bez udziwnień i zadęcia, za to z poświęceniem, uśmiechem, wrzaskiem i twardym kopytem. Chcąc sprawić im komplement mógłbym porównać ten krążek do Kyussa, a chwilami także do Slint czy Isis. Niestety tylko chwilami, gdyż w pozostałych miejscach bliżej im do System of a Down, a to już jest zarzut.

Ta płyta ma swoje dobre momenty, gdy panowie grają powoli i potężnie, kombinując doświadczenie z marzeniami i realizując wizję pionierów szarpania drutów zza Atlantyku. Mierzi mnie jednak, gdy tuż za rogiem ten klimat który nastroili zostaje zniweczony czymś trywialnym, przewidywalnym, niegodnym zespołu o ich stażu. Wszystko to, co tu prezentują słyszeliśmy wcześniej, a ponowny spacer tymi samymi alejami nie nastraja do wspomnień. Tym bardziej, że to kolejny krążek o takim podłożu i czytelny sygnał o zawróceniu z twórczego szlaku, jaki zdawali się odkryć. Szkoda.

Być może wina leży we mnie i po 1-2 fantastycznych krążkach błędnie oczekuję, że każdy kolejny będzie co najmniej równie dobry. Może muzycy Mastodon po „Crack the Skye” uznali, że nic lepszego nie wymyślą, więc po co próbować? Nie zawsze trzeba szusować z ekstremalnych skarp; czasami wystarczą „ośle łączki”, aby cieszyć się jazdą. Sam Mastodon ma ze swojego grania niewątpliwą radość – to słychać. Czują, że są lubiani i popularni, chociażby w naszym kraju, gdzie ich pierwszy samodzielny koncert był tak podle nagłośniony. I są zadowoleni, gdyż osiągnęli swój cel. Ja jednak jako słuchacz spoglądam dalej, gdyż konformizm w muzyce to nie sztuka, tylko odcinanie kuponów. 


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load