Recenzje

2017-04-06
Mighty Oaks - "Dreamers"
Międzynarodowe trio Mighty Oaks wydało drugą płytę zatytułowaną "Dreamers".
Wykonawca: Mighty Oaks
Wytwórnia: Vertigo
Rok wydania: 2017

Mighty Oaks to małe objawienie. Trzej studenci (Amerykanin, Włoch, Anglik) poznali się w Berlinie i szybko przeszli od wspólnego brzdąkania w akademiku do debiutanckiego albumu "Howl" przed trzema laty. Z młodego, obiecującego zespołu, dla którego największym sukcesem było otwarcie koncertu przed Kings of Leon, błyskawicznie stali się lokalną gwiazdą z własnymi trasami i supportami. Ich przepis na sukces był prosty: w prostocie geniusz. Ich lekkie, optymistyczne, ale wiarygodne piosenki zaskarbiły sobie oddanych fanów także w Polsce, hołdując wolności i pięknu, wędrówkom w objęciach dzikiej przyrody i magii nieskrępowanej młodości. Ich piosenki z plecaka w stylu indie-folk-pop-rock brzmiały jak młodsza wersja Mumford & Sons lub Fleet Foxes. Świat stawał otworem, a sukces serc gwarantował obecność nastoletnich fanek pod barierkami, śpiewających ich piosenki. Niespiesznie acz nieubłaganie nadszedł jednak czas próby, czyli drugi album.

Nosi tytuł "Dreamers", ma efektowną, zachęcającą okładkę i rodził się powoli, roztropnie, dojrzale. Ian, Claudio i Craig musieli zdecydować co w zasadzie chcą ze sobą dalej robić. O ile "Howl" był zabawą, swobodnym debiutem który o niczym jeszcze nie świadczył, o tyle numer dwa to już sprawa poważna, jak bilet na kolejkę wysokogórską. To ma być deklaracja trajektorii lotu - czy szukamy dalej, czy nagrywamy to samo; szlifujemy warsztat, czy trzęsiemy ziemią? Mighty Oaks nie są zespołem, który miałby ochotę kimkolwiek trząść. Nie są pionierami - w końcu przed nimi mieliśmy i Of Monsters And Men, i Alt-J, mieliśmy Bena Howarda. Z drugiej strony, ich aspiracje i dbałość o styl, a także oczekiwania fanów, wzmogły ambicje i chęć pokazania swoich możliwości. Wyszedł nam z tego album, który warsztatowo jest efektownym powidokiem "Howl", ale stylowo wypatruje na widnokręgu krainy, gdzie żyją upojone różowym opium popu zespoły Coldplay i Kings of Leon.

"Dreamers" z całą pewnością są płytą równie dobrą co "Howl", i warsztatowo i stylowo. To krążek, gdzie do głosu dochodzi doświadczenie i determinacja, a nie czysta frajda i que sera, sera. Owszem, chwilami aż boli od naiwnego, demagogicznego popu ("Be With You Always", "Never Look Back", te tytuły, te słowa...), ale tuż obok mieszkają naprawdę chwytliwe piosenki o przebojowym ładunku - tytułowe "Dreamers", "Don't Lie To Me". Słychać frapujące echa debiutu i podjętej wraz z nim estetyki - "Call Me a Friend", "Higher Place"; cały album jest zgrabnie rozplanowaną, kolorową przestrzenią o własnym poranku ("All I Need") i zmierzchu ("The Great Unknown"). Mighty Oaks trzymają się swoich ścieżek, tam gdzie nowe pokolenie hippisów z kartą miejską i instagramem przemierza przestrzeń doczesną; jednakże, ku niewątpliwemu zaskoczeniu słuchacza, dają sygnał gotowości do oddania się urokom deszczu konfetti, w blichtrze transmisji przez smartfony.

Płyta "Dreamers" to wyzwanie i ryzyko świadomie podjęte przez zespół. Nie negują swojego doświadczenia, które sprawiło, że w ogóle są tu gdzie są. Aczkolwiek, spoglądają ku nowym terytoriom, co nie musi podobać się tym fanom, którzy czekali na "Howl 2". Gdy ukazywał się ich debiut Ian, Claudio i Craig grali kameralny, akustyczny koncert na podwórku słynnej Astry w Berlinie. Dziś, gdy ukazuje się "Dreamers", mają już rozpisaną trasę po Europie od letnich festiwali po późną jesień. Zarobili na swój sukces, na lepsze instrumenty i lepiej wyposażone studio. Oraz na wypełnione po brzegi sale, do których do tej pory mieli dostęp jedynie z biletem w ręku. Ich punkt widzenia uległ zmianie, zaznali sukcesu ale i trudu zawodu muzyka - i to słychać w tym jak inni od "Howl" są "Dreamers". Na szczęście ich dobry humor pozostaje niezmiennie zaraźliwy, nawet jeśli przekaz nabrał pierwiastka sztuczności i odrealnienia.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load