Recenzje

2018-11-12
Mela Koteluk - "Migawka"
Dopełnił się właśnie drugi ważny powrót tej jesieni na polskiej scenie muzycznej. Po Dawidzie Podsiadło przyszła pora na nowy album od Meli Koteluk.
Wykonawca: Mela Koteluk
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Jej przerwa od koncertowania trwała blisko dwa lata, a od ostatniego albumu – „Migracje” minęły cztery lata. A jakby porównań było mało, to i w jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z trzecimi płytami studyjnymi.

Czytając wywiady z artystką towarzyszące wydaniu nowego albumu, można trafić na informację o tym, że utwory zostały nagrane na poziomie 432 herców. Na częstotliwości dźwięków natury. Cichszym i łagodniejszym dla ucha. Ten fakt to klucz do różnicy między tym a poprzednimi płytami piosenkarki. Muzycznie dostajemy w sumie to, do czego nas przyzwyczaiła. Popowe, poprockowe brzmienia, ale tym razem brzmiące delikatniej, bardziej naturalnie.

Na początku chciałbym się pokłonić artystce za singiel zapowiadający płytę i równocześnie otwierający cały album. „Odprowadź” – jeden z najlepszych polskich utworów tego roku. Przyznam, że słuchałem go bardzo często w ostatnich tygodniach. Oniryczny klimat, dream popowe brzmienie, skojarzenia z muzyką The Cure czy Maanamu. Niby melancholijny utwór, ale jednocześnie chwytający i rozwalający.


Mela Koteluk udowadnia na tym albumie, że potrafi tworzyć wraz ze swoimi muzykami popowe, a jednocześnie ambitne kompozycje na wysokim poziomie. Wybija się pod tym względem „Ogniwo”. Chodzą słuchy, że będzie to drugi singiel z płyty. Byłby to słuszny wybór, bo utwór na to zasługuje. Dawka rytmicznej, pełnej życia muzyki. Chwytliwych, żywych momentów jest więcej: „Doskonale”, „Hen, hen” czy „Aha”. Ale chwytliwy nie zawsze musi oznaczać pełen energii, na co dowodem jest atmosferyczne „Odlatujemy”. Bogactwo aranżacji i dowód na ich przemyślenie słyszymy w „Tańczę, przepływam”, gdzie w chórkach słyszymy Skubasa. Nagranie przemyślane w swojej budowie. Od minimalizmu do płynnego przejścia w walczyk aż do pięknego finału.

Bardzo ładnie rozwija się też „Los hipokampa” – jeden z moich ulubionych fragmentów płyty. Minimalistyczny, z delikatną gitarą i delikatnym podkładem, z biegiem czasu instrumentarium się powiększa. A wszystko w onirycznym klimacie. Dostarcza go nam także „Wschód” czy bardzo ładny snuj – „Ja, fala”. W tym drugim nagraniu pojawiają się gościnnie harfistka Sandra Kopijkowska oraz kwartet smyczkowy Fair Play Quartet. Ich obecność dodaje mu jeszcze dodatkowej magii. Tak samo dzieje się w drugim utworze, gdzie pojawiają się wyżej wymienieni goście – w zamykającym płytę, bardzo pięknym i klimatycznym „Janie”. A w tą całą oprawę muzyczną na albumie oprawione są liryczne teksty autorstwa Koteluk. Też mocny punkt płyty.

Dobrze, że Mela Koteluk wróciła. Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że „Migawka” to jedna z najlepszych polskich płyt tego roku. Klimatyczna, naturalna, ciekawa, intrygująca. Bez ewidentnie słabego punktu. Szlachetny pop. Takie powroty to ja szanuję.

Ta recenzja jest wyjątkowa, ponieważ napisana została w dniu, w którym obchodziliśmy 100-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę. „Migawka” to kolejny dowód na to, że polska muzyka ma się w tym momencie bardzo dobrze. Mamy niestety wysyp coverów i autocoverów w ostatnich kilkunastu miesiącach, ale popatrzymy na kilka podmiotów artystycznych, od których dostaliśmy w tym roku nową muzykę: Riverside (moim zdaniem autorzy najlepszej płyty 2018 roku), Lao Che, Katarzyna Nosowska, Dawid Podsiadło, Kortez, a teraz Mela Koteluk. Oraz na to, że twórczość ta jest na poziomie, którego nie trzeba się wstydzić. Plus do tego wzrost popularności grania z ojczystego kraju (patrz: wyprzedane w całości trasy - Męskie Granie czy tegoroczna „Małomiasteczkowa trasa” Dawida Podsiadły). Dobry to czas dla polskiej muzyki. Oby trwał jak najdłużej.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load