Recenzje

2018-12-12
Bauhaus - "The Bela Session"
Ukazała się archiwalna ep-ka grupy Bauhaus "The Bela Session" z utworami zarejestrowanymi podczas sesji nagraniowej, która odbyła się 26 stycznia 1979 roku.
Wykonawca: Bauhaus
Wytwórnia: Leaving Records
Rok wydania: 2018

Historia rocka zna piosenki o których można napisać niejeden osobny artykuł, a nawet nakręcić film. I to wcale nie muszą być utwory, które „każdy zna”. Dobrym przykładem jest właśnie „Bela Lugosi’s Dead” zespołu Bauhaus – blisko 10-minutowy, eksperymentalny numer, o którym mówi się, że był początkiem rocka gotyckiego. Wielbiciele tego gatunku nazywają go „naszym Stairway to Heaven” – hymnem, manifestem, wizytówką i instrukcją obsługi. Oczywiście muzycy Bauhaus nie znoszą tej łatki – w rzeczy samej, mało który muzyk ceni łatkę, którą przyszyła mu prasa lub publiczność. Nie mniej, fakty mówią jasno: to dzięki „Beli” poznaliśmy uroki muzyki mrocznej, wampirycznej, depresyjnej. Muzyki z horroru, ale dla wielu niebezpiecznie pociągającej i wyzwalającej indywidualność.

Sami członkowie Bauhaus nie mieli chyba ambicji stworzenia czegoś na taką miarę. Minęło raptem półtora miesiąca od kiedy założyli kapelę, gdy weszli do studia celem nagrania czegoś. Były ciekawe pomysły, były gorące osobowości; było uwielbienie dla Davida Bowie i Debbie Harry. Ale nawet ego Petera Murphy, w głębi jego ekscentrycznego serca, nie stawiało mu za natychmiastowy imperatyw wywarcie wpływu na historię muzyki, oraz przeistoczenie się w ikonę stylu. A de facto, tak się stało. Te 10 minut dźwięków i słów, które razem nie tworzą nawet zgrabnej piosenki, na zawsze wpłynęło nie tylko na ich życie, ale też pomogło w odnalezieniu swojej tożsamości całkiem nowej scenie. Nie mówiąc już o tym, że przywróciło do życia samego Belę Lugosiego, gwiazdę kina grozy lat 30-tych.

Jako utwór, „Bela” nie miał prawa zaistnieć w radiu. Jakieś brzdęki, terkoty, postukiwania i echo. Do tego ten upiorny głos. Tego się nie da ani zanucić, ani zagrać. To jest za długie i za nudne, nikt tego nie będzie chciał słuchać. Ale dokładnie to samo mówiono o „Bohemian Rapsody” albo, no właśnie, „Stairway to Heaven”. Dość powiedzieć, po publikacji „Beli” listy przebojów pozostały niewzruszone, ale mimo to, coś się stało. Odezwały się serca tych, którzy chcieli od muzyki i rzeczywistości czegoś innego, niż inni; czegoś, co sprawi, że poczują się dobrze z własną dziwacznością, fryzurami, makijażami, czarnymi ubraniami. Nie bez powodu „Bela” był tyle razy coverowany, zainspirował masę innych zespołów na czele z The Cure, oraz wystąpił we wstępie filmu Zagadka Nieśmiertelności.

„Bela” jest utworem ze wszechmiar pokracznym, niczym powstały z grobu umarlak drepczący w stronę rozhisteryzowanej dziewicy. To nie punk ani post-punk, lecz bardziej industrial, z tarciem metalu o metal, ciężkimi dubowymi efektami i totalną dekonstrukcją piosenki jako kompozycji. Nigdy nie ukazał się na albumie, ani nie skrócono go do wersji radiowej, singlowej. The Bela Session to powrót Bauhausu do swoich korzeni i ponowne wskrzeszenie „Beli” – tym razem, do takiej postaci, jaką sam zespół nazywa „oficjalną.” Według autorów, ten utwór tak powinien brzmieć. To ponowny miks i mastering tego, co Murphy i spółka nagrali tego dnia, jako pierwszą wspólną sesję studyjną. Tylko czy czysta jak łza wersja utworu, który z natury rzeczy ma być brudny i trzeszczący, ma sens?

The Bela Session to nie tylko sam „Bela”; resztę EP-ki wypełniają inne utwory, które tego samego dnia Bauhaus zarejestrował w studiu. Stanowią one doskonały kontrapunkt dla atmosfery skradającego się horroru „Beli” – są punkowe, zbudowane na prostych riffach, rytmie reggae („Harry”) i łobuzerskich słowach. To dobry dokument tego, skąd zespół Bauhaus przychodził, zanim stał się tym za jakich ich dziś uważamy i poważamy. „Some Faces” czy „”Bite My Hip” to kawałki wesołe, zaczepne, niedalekie temu co w podobnym tonie nagrali The Cure albo The Stranglers na swoich debiutanckich albumach. To dowód na to, że Murphy z kompanami, zanim zostali pogryzieni przez wampira, byli typowymi wyrzutkami ze środkowo-wschodniej Anglii, z podobnymi pomysłami na siebie co The Clash. Ale, dzięki „Beli”, stali się kimś absolutnie wyjątkowym i chwała im – i jemu – za to.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load