Recenzje

2018-12-19
The Orb - "No Sounds Are Out of Bounds"
Brytyjski duet The Orb powrócił na nowej płycie do wysokiej formy rodem z lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wykonawca: The Orb
Wytwórnia: Cooking Vinyl / PIAS Poland
Rok wydania: 2018

W dniu kiedy The Orb po raz pierwszy pojawili się na mojej orbicie umysłowej, momentalnie poczułem się ich wiernym zwolennikiem. Lata 90. grały w najlepsze, rock miał kaca po grunge'u, ale za to elektronika otwierała kolejne szampany. Młode umysły odkrywały narkotyki - te wziewne, oraz te dźwiękowe. Najpierw było tanecznie, rave'owo i klubowo, ale magicy adapterów i samplerów szybko zadomowili się w naszych domach i sypialniach, grając chill-out. The Orb idealnie spajał oba te światy: ich sound oznaczał psychodeliczną, odjazdową, nieprzewidywalną dawkę doskonale relaksującej, pulsującej, często zabawnej elektroniki. To było jak odkrywanie kosmosu na haju, gdzie pieją koguty i lewitują elektrownie, a FBI ukrywa zwłoki kosmitów w Niebieskim Pokoju. Podobnie jak KLF, The Orb byli formacją wywrotową: to oni wydali 40-minutowy singiel, który trafił na brytyjską listę przebojów. To oni grali w szachy w trakcie "występu" w Top of the Pops. To oni zremiksowali "Lily Was Here" Dave'a Stewarta pod wpływem LSD. To oni włożyli do muzyki tyle sampli na ile im pozwolono (i nie pozwolono), w tym ich znak rozpoznawczy, klasyczny ...What were the skies like when you were young?

Gdy jednak lata 90. dobiegły końca, formuła The Orb zaczynała się zapętlać, powtarzać i zużywać. Sample z filmów i programów telewizyjnych śmieszyły coraz mniej, a struktury rytmiczne brzmiały na wymuszone i pretensjonalne. Zespół zamiast stawać jak zawsze okoniem, w dziwaczny sposób usiłował trafiać w ducha czasu, poplątanego i niejednolitego. Oznacza to, że od roku 1999 i albumu Cydonia The Orb leci na autopilocie ku żałosnemu upadkowi, a ich kolejne albumy nie cieszyły nawet mnie, który wiąże z ich muzyką wiele wspaniałych i epifanicznych wspomnień. Spośród ostatnich siedmiu albumów studyjnych uwagę przykuwa wyłącznie Metallic Spheres (zasługa w tym Youtha i... Davida Gilmoura). Reszta jest po prostu słaba, nijaka, karykaturalna (jak chociażby płyta z Lee Scratch Perrym), zupełnie do zapomnienia (dwie ostatnie), a w najlepszym razie jest niewykorzystanym potencjałem, jak The Dream. Nie zdziwił mnie zatem fakt, że premierę No Sounds Are Out Of Bounds po prostu przegapiłem. Nie paliłem się, by doznawać kolejnej porażki. Po co, skoro mogę puścić sobie Orblivion albo Orbus Terrarum, nie wspominając nawet o klasycznych płytach z lat 91-92...


Okazuje się, że to był błąd. No Sounds... brzmi wspaniale. Nie chcę powiedzieć klasycznie, ale z pewnością jest w tym dużo tego, co najbardziej lubimy w The Orb: zmysłowej podróży w czasie, przestrzeni i wyobraźni. Lider The Orb, Alex Paterson, od zawsze potrafił skupić wokół siebie wielu utalentowanych twórców na zasadzie kolektywnego projektu. Być może w tym tkwi sedno sprawy - The Orb brzmi najlepiej wtedy, gdy tworzy go wiele osób. W ostatnich latach skład był kompaktowy, ograniczony do Patersona i jego wieloletniego partnera Thomasa Fehlmanna, którego nowatorskie, jubilerskie dźwięki miały wyraźny wpływ na styl The Orb. Na No Sounds... znów działa kolektyw, pod okiem Patersona i Youtha, z takimi zasłużonymi postaciami w składzie jak Jah Wobble, Guy Pratt czy Roger Eno. Jest także młodzież, są wokalistki, są oczywiście zabawne sample z radia i telewizji, jest massive attack... to ma wyraźne przełożenie na brzmienie tego krążka, który nie stając plecami do nowoczesności, odważnie i wyraźnie sięga po triki i patenty z jakich The Orb słynęli przez lata. Oddycham z ulgą; tej płyty można słuchać w kółko, nawet w wersji deluxe.  

To co cieszy najbardziej, The Orb nie gra wciąż tego samego, z czego zasłynął w latach 90. A mimo to ich nowa muzyka jest z tamtym materiałem spowinowacona znacznie silniej, niż wypociny z lat 2003-2007. The Orb odzyskał atrakcyjność, podobnie jak pizza która czasami smakuje lepiej na drugi dzień, po odgrzaniu w mikrofali. No Sounds... jest płytą przebojową i przyjemną, potrafiącą zrelaksować jak i pobudzić, a jednocześnie niezwykle dojrzałą i bardzo "serio". Są kluby, są ambienty, są zakłócenia w czasie, jest melancholia, słychać całą gamę inspiracji Patersona, od reggae i dubu, przez Twin Peaks, aż po Boards of Canada. Ta cała zabawa, skok umysłu pomiędzy wymiary i progi stanu świadomości, to rzecz dobrze rozplanowana i przestudiowana. Być może brak tu tej anarchistycznej przewrotności jaka charakteryzowała kanon ich nagrań, ale za to teraz, wyraźniej niż kiedykolwiek, mamy do czynienia z kultywacją doświadczenia, a nie błędnego poszukiwania. The Orb nigdy nie byli ponad labiryntem nazywanym procesem twórczym, dlatego też sympatyków tego zespołu ucieszy fakt, że po latach odbijania się od ścian ponownie wrócili na swój stary, sprawdzony szlak.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load