Recenzje

2018-12-29
Mike McCready - "Sadie"
Gitarzysta grupy Pearl Jam nagrał soundtrack do filmu "Sadie".
Wykonawca: Mike McCready
Wytwórnia: The Orchard
Rok wydania: 2018

Mike McCready to najbardziej niedoceniany gitarzysta w historii rocka, kropka. Wiedzą o tym nie tylko kiperzy wiosłowania z gitarowych i muzycznych magazynów, ale przede wszystkim jego fani. Mike potrafi emulować Hendrixa, Page’a i Gilmoura nie tylko w ekwilibrystyce solowania, ale też w akordach i riffach, które na dzień dobry przekraczają granice gatunku z jakim są kojarzone. Ze wszystkich „grunge’owych” gitarzystów, to właśnie Mike odpowiada za połączenie brzmienia Seattle z klasyką rocka, napędzaną szalonymi solówkami, feedbackiem i szczytowaniem na czubku gryfa. To on jest w Pearl Jamie „gwiazdą rocka”, po odwykach, nałogach, ekscesach, załamaniach i aferach. To pod jego stroną sceny uwielbiają stać fani – tam jest największy kocioł, tam kostki gitarowe lecą garściami, tam można załapać się na uśmiech, uścisk, a nawet zdjęcie z artystą – który w fosie, bez koszulki, obłapiony przez wielbicielki, cały czas ciągnie solówkę z „Alive” czy „Even Flow”. Podczas gdy Eddie Vedder jest kimś w rodzaju papieża – duchowego przywódcy i mentora – to Mike jest ulubieńcem publiczności. Uwielbia muzykę i nie waha się jej użyć. Mimo iż, jak było na początku, spod jego rock’n’rollowej powłoki i typowych skojarzeń często nie widać wyraźnie jego duszy artystycznej.

Niedocenianie Mike’a jako gitarzysty to także nieznajomość jego twórczości solowej. Ale jakiej tworczości solowej?, zapyta wielu. Otóż McCready od paru ładnych lat zajmuje się komponowaniem muzyki filmowej; tak niszowej, jak obrazy które owa muzyka zdobi. Sadie to drugi po The Glamour & The Squalor obraz, w którym McCready odpowiada za cały score, a nie tylko pojedyńczą piosenkę. Oba te soundtracki są skomponowane na dosyć podobnych zasadach, chociaż ich brzmienie jest znacząco inne. Mike bardziej niż od alkoholu stroni od śpiewania, w czym wyręczają go zaprzyjaźnieni wokaliści; na Sadie, chociażby w przewodniej piosence „Show Your Colors”, słychać wojowniczki z Thunderpussy, jednego z odkryć nowego Seattle.

Jednak to nie piosenkami wypełniona jest ta ścieżka dźwiękowa; jej istotą są gitarowe czary, intymne, oszczędne, jakby pozostawione na etapie szkicu. Mike prezentuje się w nich od zupełnie innej, nieznanej nawet rzeszy fanów Pearl Jam strony. To wyraźny wpływ mentora jego i jego zespołu, Neila Younga. To artyzm, który w dawnych ulubieńcach MTV rozbudziła znajomość z Davidem Lynchem czy Cameronem Crowe. To wreszcie duch Briana Eno, którego Discreet Music czy Music For Films padają wśród ulubionych płyt członków Pearl Jam.

Sadie słucha się jednym tchem, nawet nie znając treści filmu. To bardzo dobrze świadczy o ścieżce dźwiękowej, gdy potrafi żyć własnym życiem. To także nowe terytorium dla Mike’a, który sam poznaje swój instrument od zupełnie nowej strony – nie jako narzędzie do eksplozji, ciężkiego rocka czy bluesa, lecz nastroju – pełnego efektów, pojedyńczych nut, ascetycznych fug trwających nawet kilkadziesiąt sekund. Nie mnie dociekać czy taki był zamiar, czy też Mike po prostu rzucił tym, co miał w notesie; grunt, że prostymi środkami osiągnął doskonały efekt, gdzie muzyka nie tylko towarzyszy cudzym obrazom, ale też rozbudza własne. To nie są rozbuchane, wielowątkowe kompozycje; to szkółka leśna, gdzie podziwiamy proces rośnięcia i powstawania. To dźwiękowe fotografie zrobione Polaroidem – pod wpływem chwili, bez przygotowania, czysto emocjonalnie; warto wspomnieć, Mike od wielu lat dokumentuje swoje życie gwiazdy rocka właśnie za pomocą aparatu Polaroid. Na płycie Sadie panuje podobna temu poetyka, osobista i dyskretna. To rzecz bardzo nieśmiała, jakby negująca swój potencjał, preferująca niszę i cień. Ten album został, póki co, wydany wyłącznie cyfrowo, co podkreśla nieśmiałość McCready’ego w podejściu do czysto swojej muzyki. Zwróćmy na niego uwagę.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load