Recenzje

2019-01-02
Bruce Springsteen - "Springsteen On Broadway"
"Boss" zagrał przez 1,5 roku serię aż 236 koncertów na deskach nowojorskiego teatru im. Waltera Kerra. Album "Springsteen On Broadway" dokumentuje te wydarzenia.
Wykonawca: Bruce Springsteen
Wytwórnia: Sony Music Poland
Rok wydania: 2018

Rok 2018 zbliża się ku końcowi, a ja wciąż nie widziałem Bossa na żywo. W 1997, gdy koncertował w Sali Kongresowej, mój umysł i serce trwało przy zupełnie innych brzmieniach. Dziś, Bruce to jeden z najbardziej rozchwytywanych muzyków rockowych i zdobycie biletu na jego koncert – gdziekolwiek – to wyzwanie, które często przerasta nawet wytrawnych muzykoholików. Fani Bossa odczuwają to za każdym razem, gdy ten jedzie w trasę; lub, gdy ogłasza serię intymnych koncertów akustycznych na Broadwayu. Początkowo, tych występów miało być kilka, jednak popyt na bilety zrobił swoje; do tego, zdobycie biletu za przyzwoitą cenę utrudniła działalność „koników”, tych zautomatyzowanych i ignorowanych przez oficjalnych dystrybutorów. Bossa to rozsierdziło, nie pierwszy zresztą raz; postanowił więc, że koncertów będzie więcej, aby dać szansę tym, którym się nie udało. Ale schemat się powtórzył, i to jeszcze dwukrotnie. Ostatecznie, w ciągu roku (październik 2017 – grudzień 2018), Boss zagrał na Broadwayu 236 razy.

Areną tych występów był nowojorski teatr im. Waltera Kerra (przez wiele lat znany jako Ritz Theatre), mieszczący niecały tysiąc widzów. To prawdopodobnie najmniejsza sala koncertowa w jakiej Boss kiedykolwiek występował. Taki zresztą miał zamiar – mimo swojego „absurdalnego” sukcesu, cały czas stara się być wśród ludzi, nawet jeśli o osobistym kontakcie z widzem od dawna nie może być mowy. Jego koncerty zwykle wypełniają stadiony, a kolejka fanów ustawiona już na kilka dni przed otwarciem drzwi nikogo nie dziwi. Springsteena oczywiście cieszy sukces do którego całe życie dążył; lecz ma w swoim magazynku wiele chwytów, którymi usiłuje redukować swój status supergwiazdy: koncerty „życzeń”, zapraszanie fanów na scenę, upgrade biletów, itp. Koncerty na Broadwayu także miały służyć takiemu bliższemu spotkaniu z Bossem; lub raczej, spotkaniu z fanami. W koncertach nie brali udział muzycy z The E Street Band; to miał być tylko Bruce, jego gitara i pianino. No, i jeszcze ukochana Patti Scialfa, wokalnie na dwóch numerach. Repertuar tych wieczorów był mniej-więcej taki sam, ale ważniejsze od samych piosenek wydaje się być to, co działo się pomiędzy nimi.

Springsteen on Broadway to wyjątkowa okazja, aby przez okno wyobraźni usiąść obok artyty na małej drewnianej scenie i posłuchać jak opowiada. Te koncerty bowiem, to przede wszystkim opowieść Bruce’a - o sobie, o New Jersey, o Ameryce pełnej piękna, jak i bólu, frustracji i śmierci. To niezwykle wciągające „słuchowisko radiowe”, gdzie główny aktor nie duka czegoś i mruczy pod nosem, lecz wyraźnie przygotowanym do takiego oratorskiego wyzwania głosem opowiada; i zabiera słuchaczy w swoją podróż wstecz, do dzieciństwa w katolickiej rodzinie, do frustracji mieszkańca małego miasteczka, do desperackich prób bycia zauważonym jako muzyk, do spotkania z weteranem wojennym, który zainspirował „Born in the U.S.A.”, wreszcie do śmierci najbliższych przyjaciół, w tym Clarence’a Clemonsa z The E Street Band. Bruce operuje swoim głosem i dykcją jak wytrawny aktor; widownia rży ze śmiechu gdy opowiada o pierwszej w życiu wizycie w barze, o tym że nigdy nie był za bramą fabryki, chociaż stał się working class hero; ale też wstrzymuje oddech, gdy Boss deklamuje Modlitwę Pańską, tak po amerykańsku, za nas tu zebranych, świat i jego anonimowych bohaterów.

Springsteen on Broadway przypomina czasy, gdy MTV organizowało koncerty z serii Unplugged (później Storytellers). Boss brał w nich udział, ale paradoksalnie był wtedy całkiem plugged in. Tym razem już tego błędu nie popełnił; teraz jest tylko on, gitara i jego sceniczny konfesjonał, w którym zasiada tysiąc powierników. My również możemy wsłuchać się w jego wyznanie wiary i spróbować zrozumieć jako artystę, chociażby gdy śpiewa „Born in the U.S.A.”, tak jak miała brzmieć pierwotnie: smutnie, gniewnie, ponuro. Pomimo panujących uproszczeń, skojarzeń, sztampy i amerykańskiego patosu, Springsteen jest wybitnym artystą, którego warto dostrzec, gdy sam wyciąga do nas rękę.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load