Recenzje

2019-01-06
Paul Weller - "True Meanings"
Czternaście premierowych kompozycji na czternastym albumie studyjnym Paula Wellera. Płytę zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Paul Weller
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Paul Weller jest w Wielkiej Brytanii ikoną; autorytetem w dziedzinie muzyki, sztuki, mody, sposobu bycia i stylu życia. Jest duchowym przywódcą drugiego pokolenia Modsów, angielskiej subkultury stojącej w opozycji do wpływów amerykańskich. Modsi manifestowali swoją angielskość, mieszankę pochodzenia robotniczego z londyńskim splendorem: fryzury, kurtki, krawaty, skutery i hałaśliwy stosunek do świata. W latach 60. ten ruch był utożsamiany z The Who; gdy jednak grupa Pete’a Townshenda przestała być angielską „własnością”, batutę Modsów przejął The Jam, dowodzony właśnie przez Paula Wellera. Ich brzmienie wróciło do standardów, jakie swego czasu wyznaczyło My Generation. Weller od tamtej pory wywiera wpływ na większość artystów z Anglii – od brit-popu, przez indie-rock, po post-punk. Co ciekawe, jego legendarność na Wyspach zupełnie nie przekłada się na sławę poza nimi, a jego nazwisko dla wielu słuchaczy pozostaje pustym frazesem.

W obiegowej opinii, Weller jest artystą niezwykle płodnym, korzystającym z dobrodziejstw muzyki w całej jej objętości. Jego zainteresowania obejmują nie tylko rock’n’roll i blues, ale także soul i gospel, muzykę elektroniczną, symfoniczną, psychodeliczną i folkową. Solowe albumy Wellera, wydawane często i regularnie, to prawdziwy poligon doświadczeń; pod tym kątem, bywa często porównywany do Davida Bowie.


Jego najnowsze True Meanings zaskakuje, bo musi. To bardzo ascetyczna muzyka, operująca wokół głosu i gitary akustycznej, bardzo w stylu Cata Stevensa czy Vana Morrisona. Głos Wellera zmienia się wraz z czasem i wiekiem; kiedyś charczał jak punk, później jęczał w The Style Council; dziś, po przekroczeniu 60-tki, śpiewa kołysanki. Słychać jest, że Wellerowi po raz kolejny zmieniły się priorytety, co jest ewidentne chociażby w piosence „Aspects”. To, czego nie da się zamaskować hałasem po prostu trzeba dobrze zagrać i zaśpiewać; inaczej słuchacz zatrzyma płytę.

W tej formule, z gitarą na kolanie, ze stylowymi i dyskretnymi aranżacjami, Weller wygrywa. Jest oczywiste, że mamy do czynienia z artystą, który poświęcił swoje życie na pościg za muzyką. True Meanings brzmi jak zbiór kolęd, jak prywatna płyta, napisana i śpiewana wyłącznie dla sporej gromadki jego dzieci. To rzecz, która czaruje dyskretnym pięknem, czymś po co należy sięgnąć samemu, a co nie drażni, nie atakuje i nie otumania. To ta sama strefa klimatyczna co On Every Street Dire Straits, Imitations Marka Lanegana, Silence is Sexy Neubautenów. To także doskonała zachęta do kolejnej próby zbadania pozostałego, bezdennego dorobku Wellera, którego czar jest ewidentnie przeznaczony dla właściwych uszu. True Meanings to dobra okazja do wyjścia poza pewien schemat i obdarzenia artysty spojrzeniem z zupełnie innego kąta. Ten krążek może drażnić nachalną sentymentalnością i romantyzmem obieżyświata-hulaki, który zawinął do macierzystego portu; jeśli jednak to nas nie powali, odkryjemy w nim czar, elegancję, styl i przynajmniej udawaną skromność.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load