Recenzje

2019-01-12
The Good, The Bad & The Queen - "Merrie Land"
Po 11 latach powróciła supergrupa The Good, The Bad & The Queen. Czy warto było czekać tyle lat na nowy album tego projektu? Na to pytanie odpowiedział Jakub Oślak.
Wykonawca: The Good, The Bad & The Queen
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Supergrupy, przy całym swoim ładunku marketingowym, zwyczajowo odnoszą sukces wyłącznie w wyobraźni fanów. Owszem, zdarzają się prawdziwe petardy, których siła często przekracza zamiary członków i twórców; ale to wyjątki. Przeważnie na wyobraźni, oraz na zamiarach, cała sprawa się kończy. Teorie brzmią cudownie, ale gdy przychodzi do konkretów okazuje się, że chemii jednak nie ma, a członkowie supergrup przepychają się tylko czyje nazwisko będzie wymienione pierwsze. Albumy które w ten sposób powstają są wymuszone, nijakie, zakalcowate, usiłujące za wszelką cenę pożenić ze sobą składniki, które przynależą do zupełnie innych receptur. Zgadzam się, do odważnych muzyków świat należy i ci odważni muzycy powinni eksperymentować. Coś jednak sprawia (prawo muzycznej natury), że nie każdy eksperyment się udaje, co oczywiście pozostaje kwestią subiektywną.

W teorii wszystko brzmi pięknie. Weźmy po jednym muzyku Blur, The Verve i The Clash, dorzućmy im legendę afrobeatu i petarda gotowa. Czy aby na pewno? Pierwsza płyta The Good, The Bad & the Queen być może taka była; ale to był rok 2007 i zupełnie inny świat, niż dziś. Merrie Land jest bowiem cała wymalowana Brexitem i refleksjami muzyków na temat współczesnej Anglii. To wyraz pełnego żalu pożegnania, którego niby nikt nie chce, ale co zrobić – vox populi. Teksty śpiewane przez Albarna nigdy nie brzmiały tak ponuro i tak dosłownie. Tu nie ma żadnej licentia poetica – to, że wychodzimy z Unii Europejskiej pokazuje nasz narodowy stosunek do świata. Mit Albionu upada nawet w oczach jego piewców, a ze sławionych przez Williama Blake’a zielonych, radosnych pól pozostaje grajdół. Oto klimat w jaki twórcy Merrie Land wpędzają słuchacza, bez pokrzepienia i obietnicy lepszego jutra.


Powstaje pytanie, po co? Komu jest to potrzebne? Przez ostatnie lata słowo Brexit padało już tyle razy, że aż sforsowało drzwi, którymi zwykle przechodzą do duszy słuchaczy tylko dźwięki muzyki. A te, na Merrie Land, są równie zachęcające co warstwa liryczna – powolne, zepsute, rozklekotane. Albarn śpiewa sobie, muzycy grają sobie. Dawno nie słyszałem tak odpychającej, irytującej i niepotrzebnej płyty. Może o to właśnie chodziło, aby wysłać do angielskiego społeczeństwa sygnał muzyczny – słuchajcie, nie idźmy tą drogą, jeszcze nie jest za późno. Czyżby? Muzyka nacechowana politycznie nigdy nie była lubianym przeze mnie terytorium, chyba że niosła siłę i przychodziła o czasie. Merrie Land jest ciosem zadanym już po walce, w dodatku przewidywalnym, bez przekonania, po prostu słabym, który – podobnie jak Brexit – nie przyniesie żadnej ze stron wymiernych korzyści.

Na pewno warto wsłuchać się w słowa. Dużo tam gorzkich rozliczeń z angielskim społeczeństwem ze strony jego członków i, jakby nie patrzeć, trybunów. Albarn już wielokrotnie komentował stan angielskiego ducha w piosenkach Blur. Paul Simonon otwarcie wskazywał punkowym środkowym palcem w latach 80-tych kto odpowiada za marazm i truciznę jaka zżera ten kraj. A oprócz nich czynili to wszyscy, którzy wyrośli na nowej fali i punk-rocku. Narzekanie angielskich muzyków na Anglię nie jest niczym nowym; jednakże, zwykle było to poparte argumentem doskonałej muzyki. Merrie Land, przy całym szacunku do zasług każdego muzyka z osobna, a także do Tony’ego Visconti który ten koszmarek wyprodukował, jest porażką. Dwie piosenki warto wyróżnić – „Lady Boston” i „Ribbons”. Reszta do zapomnienia; tak jak i koszmar Brexitu, do którego wierzę, że nie ostatecznie nie dojdzie.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load