Recenzje

2019-01-28
Beirut - "Gallipoli"
"Gallipoli" to piąty w ciągu 13 lat album Beirut. Według naszego recenzenta Jakuba Oślaka - najciekawszy z nich.
Wykonawca: Beirut
Wytwórnia: 4AD / Sonic Records
Rok wydania: 2019

Cztery albumy studyjne Beirutu nagrane w ciągu 13 lat to dowód na to, że ilość nie chadza w parze z jakością. Każdą zapowiedź kolejnego ich krążka należy zatem traktować poważnie. Niby sprawy są jasne – ich sound osadzony jest w brzmieniu instrumentów dętych, oczka w głowie lidera grupy Zacha Condona, w całym ich odmiennym kulturowo wachlarzu. To tereny indie/folkowe, gdzie smutna trąbka skrzydłówka wygrywa hejnał zwiastujący marsz pogrzebowy. To bałkańskie i sycylijskie orkiestry, wśród których znajdziemy trąby, tuby i puzony, a także mandoliny, ukulele, cymbałki, akordeony, smyczki, oraz organy elektryczne. Beirut to tygiel, gdzie ilości instrumentów dorównuje tylko bogactwo wpływów. Każdy ich album jest dzięki temu celebrowany nie tylko za swoją rzadkość, ale i oryginalność. Zachowi udało się bowiem wypracować pewną renomę artystyczną, która pozwala mu nagrać i wydać co tylko podpowie mu dusza, a i tak będzie to dobre i zajmujące.

Beirut to zespół wielu skojarzeń. To terytorium, na którym koegzystuje gitarowy folk-rock prosto z zapiaszczonych ganków Santa Fe, rozhulana orkiestra maszerująca ulicami wyzwolonego Belgradu, oraz elektryczny pop salonowy; wszystko zachowane na podrapanych singlach Melodii i Amigi. Gdy słucham Gallipoli, uderzają we mnie przeciwstawne sobie uczucia radości i nostalgii, błogości i smutku. Jak nigdy wcześniej, Zachowi udało się uzyskać brzmienie nie tylko z innego wymiaru, ale i czasu. Jego rozmarzony śpiew w stylu francuskich szansonistów, zestawiony z organami i trąbkami, przynosi powiew obrazów, jakie widujemy jedynie we wspomnieniach lub filmach. Tytułowa piosenka to ta sama czarno-biała fotografia znad jezior, co „Goniąc kormorany” Piotra Szczepanika. Z kolei brzmienie organów to teleportacja do San Remo, gdzie na dziedzińcach hoteli, wśród palm i basenów, kelnerzy roznoszą drinki, a Marcello Mastroianni pobił się z Alainem Delonem.


Gallipoli to jednak coś więcej, niż kolejny owoc eksploracji brzmień kategorii vintage; to kontynuacja pewnego ciągu nastrojowego, który Condon kalibruje z każdym kolejnym krążkiem. Dostajemy tu nie tylko pozorną wesołość i beztroskę tych ciepłych melodii i poetyckich pieśni, ale także znaczącą dawkę przebudzenia z nostalgicznej iluzji. Na nowym albumie Beirutu, co nie jest w ich przypadku żadną nowością, również ścierają się dwa światy dźwiękowe. Ta linia podziału nie jest wyraźna, ale wraz z nią, stopniowo i dyskretnie, zmienia się nastrój. To co na początku płyty budzi uśmiech i optymizm, z każdą minutą przeradza się w niepożądany powrót i ocucenie. Słowa mijają, Zach Condon przestaje śpiewać, z hoteli pozostają ruiny, a z palm popiół i swąd spalenizny. Pozostaje tylko sygnał kapitulującej trąbki, gdzieś z oddali. To był kalejdoskopowy sen, gdzie nic nigdy nie jest takie samo, gdy usiłujemy do niego wrócić. Czas na złą pobudkę, jak u Diane w Mulholland Drive.

Nie mam wątpliwości, że Gallipoli to najciekawsza z dotychczasowych płyt Beirutu. Nie znaczy to, że Zach Condon podąży dalej tym tropem. Jego ścieżka nigdy nie wiodła w tym samym kierunku, do konkretnego celu; lecz z całą pewnością, pozostaje sugestywna i fascynująca. Gallipoli, pomimo niezbyt zachęcającej okładki, z pewnością zauroczy nie tylko nowoprzybyłych do świata Beirutu, ale także tych, którym wydawało się, że już dawno się tu zadomowili.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load